Strona:PL Nowele obce (antologia).djvu/067

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


bieskie kwiaty, która podkreślała wysmukłość jej figury z ledwo widocznemi biodrami i płaskim biustem.
— A więc co ci powideział pan Duthil? Zadowolony jesteś? — pytała się tonem niepewnym i ciekawym.
Józef Langlois pocałował ją serdecznie i czule, poczem zdjął palto i kapelusz. Średniego wzrostu, szeroki w ramionach, doskonale ubrany, twarz pełna i gładka, włosy kasztanowate, kręcące się dookoła szerokiego czoła, oczy przenikliwe i poważne; wyglądał na trzydzieści pięć lat, robił wrażenie człowieka wartościowego, rozsądnego, energicznego i inteligentnego.
— Widzisz kochanie, pan Duthil bardzo się interesuje mojemi pracami... Rozmawialiśmy długo, podczas i po obiedzie... Obiad znakomity... Po raz pierwszy byłem z nim sam i mogłem mu dokładnie objaśnić, czem jestem i jaki rodzaj sztuki stosowanej stworzyłem. Pomimo bogactwa i zarozumiałości posiada dobry smak... Ale kochanie, jestem trochę zmęczony... Może się położymy? Potem ci opowiem.
— Zaczekajmy chwilę, dobrze? Rosół jeszcze się nie ugotował, zaprotestowała młoda kobieta głosem zupełnie naturalnym. Muszę nawet zagrzać...
Nie zdziwiło to Józefa Langlois. Zapalił papierosa i usiadł wygodnie w fotelu, skąd dochodził lekki zapach rosołu, który dziwnie się łączył z zapachem chypre’u i dymem papierosów.
— Za kwadrans będzie gotów, powiedziała wracając. Więc Ziuku, masz nadzieję, że pan Duthil?... Mój Boże, jaka ja będę szczęśliwa...