Strona:PL Nowele obce (antologia).djvu/019

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ridebów? Sprawa warta jest zastanowienia, bo jeżeli człowiek ten jest łotrem, to mamy do czynienia z łotrem bardzo przebiegłym i sprytnym. Trzeba sprawdzić, czy i ten drugi nasz Garrideb nie jest szubrawcem. Zadzwoń do niego, Watsonie.
Połączono mnie z N. Garridebem i posłyszałem w słuchawce cienki, drżący głos.
— Tu mówi Nathan Garrideb. Czy pan Holmes? Chciałbym zamiesić z nim parę słów.
Przyjaciel mój odebrał mi słuchawkę i do uszu moich doszła tylko połowa djalogu.
— Owszem, był tutaj. Zdawało mi się, że zna go pan... Jak długo?... Tylko dwa dni!... Zapewne jest to bardzo nęcące... Będzie pan w domu wieczorem? Sądzę, że pański imiennik nie zjawi się... Dobrze przyjdziemy do pana. Wolałbym porozumiewać z panem bez tego Amerykanina... Dr. Watson przyjdzie ze mną. Ach tak, wychodzi pan dość rzadko... Będziemy o szóstej. Proszę nie wspominać o tem temu prawnikowi amerykańskiemu... Doskonale. Do widzenia.
Zapadł wieczór, piękny wieczór wiosenny, i nawet Little Rider Street, jedna z tych małych i ciasnych uliczek, wyglądała ślicznie i romantycznie w ukośnych promieniach zachodzącego słońca. Dom, do którego zmierzaliśmy, był bardzo duży, staroświecki, z czerwonej cegły, z kilkoma zaledwie oknami na ulicę. Klijent nasz mieszkał na parterze, i niskie okna na dole zapewnie dawały światło do pokoju, w którym pracował. Holmes zatrzymał się zauważywszy maleńki szyldzik z tem dziwnem nazwiskiem.