Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


py konwalji piętrzyły się, przetykane wstęgami. Na samym przodzie leżał olbrzymi wieniec z palm, róż i lilji, artystycznie uwity, z napisem na szerokiej białej szarfie:
„Od twego Waldemara“.
I na brzozach wisiały wieńce. Z nich jeden bardzo piękny, naśladujący białe orchidee, pochodził od hrabiny Wizembergowej. Miał krótki napis na błękitnej wstędze:
„Śnij spokojnie“.
Wzgórek kwiatów otaczały drzewa egzotyczne w wazonach: cyprysy, cedry i wspaniałe mirty, oraz parę rozłożystych palm.
Słońce zdobiło kwiaty siatką jaskrawych blasków, sypało iskierki na metalowe wieńce, ślizgało się po szarfach z napisami.
Waldemar utkwił oczy w biały wzgórek. Szedł prędko, Nagle zatrzymał się. Ujrzał jakąś męską postać, klęczącą przy grobie. Ordynat chwilę stał, poczem znowu poszedł naprzód.
Wówczas nieznajomy odwrócił głowę i podniósł się.
Był to Narnicki, kuzyn Stefci.
Zmierzyli się wzrokiem. Michorowski bardzo blady. Narnicki poruszony. Patrzał badawczo na ordynata z odcieniem surowości. Ale w jego oczach i twarzy ujrzał taką przepaść rozpaczy, tak bezgraniczny ból, że w jednej chwili uczuł sympatję dla tego magnata, którego jeszcze przed chwilą uważał za tyrana Stefci.
Wzruszony rzekł z ukłonem:
— Zapewne — pan ordynat? Jestem Narnicki — jej kuzyn i...
Nie mógł dokończyć z wrażenia.
Michorowski prędko, z jakimś kurczem nerwowym w twarzy podał mu rękę i, mijając go, podszedł do grobu.
Narnicki, silnie poruszony, zawrócił do bramy, ale potem cofnął się na brzeg cmentarza i, oparty o mur, schowany w gąszczach świerkowych, patrzał zdaleka na ordynata.
Waldemar, stojąc przy grobie, rozejrzał się dokoła, a widząc, że jest zupełnie sam, ukląkł i zanurzył twarz w kwiatach. Narnicki prawie nie oddychał: patrzał na zgarbioną postać narzeczonego Stefci, na jego pochyloną nizko głowę, na zgnębienie widoczne nawet z ruchu i w duszy czynił sobie gorzkie wyrzuty.
— Ja go posądzałem — ja go robiłem odpowiedzialnym za jej śmierć — a on ją tak bardzo kochał. Jaki zmieniony... Czy to ten sam człowiek?
Narnicki przypomniał sobie fotografje ordynata, w Głębowiczach robione, które mu kiedyś pokazywała Stefcia.
— Czy to ten sam człowiek? — myślał teraz.
I śmierć Stefci wydała mu się jeszcze straszniejszą.
Waldemar klęczał i zapomniał o świecie całym, utonął w tym grobie. Oczyma, pragnieniem duszy i serca przebijał zaporę, dzielącą go od niej. Rozdzierał powódź kwiatową i płytę z marmuru i biały marmur sklepienia grobowego. Siłą rozpaczy wkuwał się w srebro i szkło, w jakiem ją złożono, i widział swoją Stefcię taką białą, jasną! I żalił się przed nią w duszy i wymawiał, że odeszła, i tulił ją do serca i wyrywał z pod tych kwiatów.
Ile on marzeń najdroższych złożył w ten wzgórek pachnący, ile porywów młodości, jaką potęgę, bezmiar uczucia! Życie swe całe miał tam pod kwiatami, cały dogmat swych marzeń z przeszłości,