Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


XXXI.

W czwartek po pogrzebie, w Ruczajewie panowała cisza grobowa.
W milczeniu snuły się ponure postacie służby. Cały folwark milczał głucho bez roboty, bez życia. Na ranny pociąg odjechało paru bliżej znajomych doktorów z Warszawy, ale rodzina ordynata pozostała jeszcze.
Uczeni zagraniczni wyruszyli natychmiast po śmierci.
Żałoba po Stefci zapadła kirem na wszystkich. Tylko słowik śpiewał po dawnemu na brzozie pod oknem pustego pokoju zmarłej, dokąd zniesiono kwiaty i pogaszone, zapłakane świece.
Ptaszek nucił treny piękne i smutne, opłakując jasną, wiośniąną duszyczkę dziewczyny, co tak cicho zeszła z ziemi, tyle zostawiając łez. Wtórowały śpiewakom tęskne gamy pszczół, szemrał powiewnie rój kolorowych motyli.
Na ocienionej werandzie od strony ogrodu zebrani wszyscy rozmawiali z sobą przyciszonemi głosami.
W głębokim fotelu siedziała staruszka księżna, ogromnie zmieniona przez tę parę ciężkich dni. Oczy miała zapadłe, zaciśnięte usta. Pan Maciej zgarbiony, z twarzą sfałdowaną, już niemal zgrzybiały. Ręce splótł na kolanach i patrzał w ziemię.
Postacie państwa Rudeckich wyrażały tak straszną rozpacz, taką ruinę moralną, że nikt nie mógł patrzeć na nich bez łez. Oboje przygniatali ciężarem swej niedoli. Znajdowała się na werandzie pani Idalja, młoda księżna i Rita. Brochwicz z Trestką i lekarzem księżnej szeptali z sobą na boku.
Tylko Lucia, zupełnie chora, spłakana leżała w łóżku, opóźniając wyjazd księżnej i pani Idalji. Czuwały nad nią księżniczki.
Nie było również i Waldemara.
Na ławce pod splotami dzikiego wina siedział skulony ksiądz, który chrzcił i chował Stefcię. Staruszek popłakiwał cicho.
Wilhelm Szeliga, na otrzymany w Heidelbergu telegram od siostry rzucił semestrowy egzamin i natychmiast pospieszył do Ruczajewa. Trafił na pogrzeb. Teraz milczał ponury, z czerwonemi oczyma, podobny do złamanego drzewka.
Księżna trzymała w ręku paczkę listów anonimowych. Usta staruszki trzęsły się, złamanym głosem mówiła.
— To najstraszniejsze — te listy. Gdybyż umarła z innego powodu... Ale profesorowie twierdzili, że anonimy ją zabiły.
— Głównie to — rzekł stanowczo stary lekarz.
Pana Rita smutnie poruszyła głowę.
— I ja to samo mówię. Ona była niesłychanie uczuciową i bardzo wrażliwą. Dla niej takie słowa to nóż w serce, to zabójstwo! Ile ona przeszła rozterki duchowej, zanim zdecydowała się zostać narzeczoną ordynata. Ona chciała poświęcić własne uczucie najdroższe! Ja wiem wszystko, podziwiałam ją zawsze. I taką istotę zabić, do niej pisać podobne oszczerstwa!
Pana Rita rozpłakała się. Trestka dotknął jej ręki.
— Pani droga, spokoju! Oszczędzajmy księżnę i pana Macieja.
W tem przemówił pan Rudecki:
— Wina spada na mnie, żem jej ustrzedz nie zdołał od tych wrogich listów. One ją zabiły.