Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Rozpacz państwa Rudeckich, ryk Jurka, płacz Zosi i wszystkich domowych nie zdołał poruszyć Waldemara. Był zdrętwiały, ogłuszony, jak błędny. Oparty na brzegu łóżka, wpijał w ciało dziewczyny tępy wzrok, z niemą a okropną tragedją.
Tak zeszła godzina, długa, pełna szlochów, ponura, jak nędza.
Nagle Waldemar wstał, ręce podniósł do głowy, przetarł czoło i wyszedł z pokoju.
Pan Maciej zgarbiony, ze zmienioną twarzą, jak cień, poszedł za nim.
Stan Waldemara zatrwożył go. Bał się o niego, nie spuszczając oczu z wnuka, sam potrzebujący opieki.
Ordynat wszedł do swego pokoju i zatrzasnął drzwi za sobą.
— Na Boga! otwórz! — nieludzko krzyknął starzec.
Z niebywałą siłą szarpnął drzwi, otworzył, wpadł do pokoju i zatoczył się, jak martwy, z przerażenia.
Waldemar miał w ręku rewolwer, wydzierał go z futerału.
Starzec przyskoczył do wnuka, porwał ramię Waldemara, chciał chwycić rewolwer, lecz ordynat szybko podniósł go w górę. Z dzikością w oczach odepchnął pana Macieja i zawołał ochrypłym głosem:
— Precz! precz!
Wyglądał strasznie. Oczy ciskały gniewem, cała twarz drgała konwulsyjnie. Stał wyprostowany z morderczem narzędziem w podniesionej wysoko dłoni. Złowrogo błyskało. Z ust wychodził mu zduszony, nieludzki pomruk:
— Ona — nie żyje — ona!
Pan Maciej, jak szalony, z jękiem, przeszywającym serce, rzucił się do nóg Waldemara.
Starzec klęknął i obejmując kolana wnuka, załkał rozpaczliwie:
— Nie czyń tego, zmiłuj się! nie zabijaj mnie! — Jej śmierć to kara dla mnie, jam przeklęty! ale ty żyj! ty żyj!
Ordynat patrzał, jakby nie pojmując.
Wtem wpadła panna Rita, błyskawicznie zrozumiała grozę chwili, podbiegła, lecz nie zdążyła, — ordynat na widok jej gwałtownie zniżył rewolwer.
Huknął strzał.
Drżąca ręka i pospiech uratowały Waldemara: kula przeleciała o parę cali od czoła i utkwiła w ścianie.
Panna Rita wydarła broń z jego dłoni.
On błędnie spojrzał na nią, wściekle rzucił się, chcąc odebrać, ale Rita cisnęła rewolwer za okno, rękę zaś Waldemara zatrzymała, silnie tuląc do ust. Oczy jej wyrażały błaganie, przejmujący żal.
Starzec klęczał skulony u stóp wnuka. Wystrzał odebrał mu na chwilę pamięć i czucie, teraz głuchy płacz targał jego piersią.
— Waldemarze! przebacz mi! — to ja przeklęty! — to zemsta dla mnie — moja Nemezys! Waldy! mój jedyny! ty całe moje życie! zmiłuj się, miej litość!
Widok był tak okropny, że panna Rita zakryła oczy.
Płacz starca boleścią swą przedarł się do duszy Waldemara.
— Dziadziu... wstań — rzekł głucho, trąc nabrzmiałe żyłami czoło.
Panna Rita pomogła dźwignąć się starcowi. On runął na piersi wnuka, trzęsący się, skołatany.