Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Łzy błysnęły w jej oczach.
Waldemar tulił ją do siebie.
— Uspokój się dziecko — ufaj mi — nie wierz im — nie myśl o tem — będzie wszystko dobrze — będziemy oboje bardzo szczęśliwi — bardzo, Stefciu!
Uśmiechnęła się, trąc głowę o jego ramię.
— To dobrze — dobrze.
Przytomność opuściła ją na nowo. Spojrzała błędnie.
— Waldy! — ja jestem trędowata — ty nie wiesz — ja trędowata! — nieszczęśliwy! strzeż się! — wołała gwałtownie.
Zaczęła majaczyć.
Waldemar wstał, ustępując miejsca profesorowi, który właśnie wszedł.
— Boże! Boże’ — jęknął ordynat. — Przed chwilą rozmawiała ze mną przytomnie.
Długo?
— Parę minut zaledwo.
Doktór zamyślił się.
W nocy przyjechał specjalista z Pesztu, na drugi dzień dwaj inni. Odbywali narady, długie konsylja. Ordynat powiedział im o anonimach: zaniepokoili się bardzo. Mimo wszelkich usiłowań, choroba nie przestała być groźną. Każdy dzień pogarszał cierpienia, każda noc wzbudzała straszne obawy. Stefcia miewała konwulsje i okropne dreszcze. Uczeni łamali głowy napróżno. Zapalenie mózgu wystąpiło w tym wypadku z dziką zajadłością. Nic przebiegu choroby nie mogło wstrzymać. Waldemar odchodził od zmysłów, ale nie stracił energji. Przyjechali sławni doktorzy z Petersburga, z Wiednia i znakomitość z Krakowa. Wezwany przez Waldemara przyjechał we czwartek rano domowy lekarz księżnej Podhorockiej, stary praktyk, nadzwyczaj zdolny. Tuż za nim wieczornym pociągiem przybył pan Maciej z panną Ritą. Wiedzieli już w Obronnem i Słodkowcach o chorobie Stefci od Brochwicza i wstrzymali swój wyjazd do Warszawy na ślub. Telegrafowali kilka razy do Ruczajewa, ale nikt im nie odpowiedział. Wezwanie lekarza księżnej przestraszyło wszystkich. Telegram zastał pana Macieja w Obronnem. Nie namyślając się długo, wyjechał natychmiast z Ritą. Cała okolica wiedziała o wypadku. W Głębowiczach padła mgławica na zamek i służbę. Brochwicz jeździł z Obronnego do Słodkowic ponury, jak chmurna noc.
A ze Stefcią było gorzej. Nie poznała pana Macieja, ani Rity, majaczyła ciągle. Raz tylko powiedziała głośno wobec wszystkich, jakby widząc kogoś przed sobą:
— Dobrze babciu — pamiętnik oddam — dziadziowi — oddam.
Pan Maciej zapamiętał te słowa.
Drugi raz w piątek wieczorem Stefcia znowu odzyskała przytomność na chwilę. Kilka osób stało dokoła niej. Waldemar klęczał, trzymając jej ręce. Popatrzyła szeroko otwartemi źrenicami, uśmiechnęła się i wyszeptała dość głośno:
— Kochacie mnie wszyscy — tak?
Pan Maciej przemówił do niej:
— Dziecko moje — to ja — dziadzio — i Waldy tu jest. Poznajesz nas?