Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Brochwicz oglądał ciekawie, kręcił głową, wreszcie rzekł:
— No! ależ wydałeś na to! Zyskała na tobie Warszawa. Nawet nie wiedziałem, że posiada podobne okazy. I oprawa bajeczna! To już pewno twój gust.
— Tak, specjalnie dla mnie robiona.
— Biedna Melanja! — westchnął Brochwicz — żałuję jej szczerze: ona taka łasa na kamyczki. Tylko dla niej twoje miałyby za skromny gust. Ona woli obfitość: kilka sznurów na szyję, przepaska do włosów sięgałaby nieba, bransoleta szerokości dłoni, kolce do ramion. O! tak dla Melanji!
— Dostanie od Zanieckiego.
Brochwicz parsknął śmiechem.
— Waldy, czy żartujesz, czy jesteś nieprzytomny? Zaniecki, jeśli kupi klejnoty Melanji, to chyba za pieniądze Barskiego. On u przyszłego teścia nawet na własną wyprawę pożyczy!
Ordynat machnął ręką.
— Prawda! — rzekł obojętnie.
Pochował pudełka, poczem dotknął ręką głowy.
— Waldy? słuchaj — co tobie jest? Wydajesz mi się dziwnym. Połóż się — rzekł Brochwicz.
Waldemar chodził po pokoju widocznie zdenerwowany.
— Wiesz co, ja chyba pojadę dziś: coś mnie dręczy.
— Chory jesteś?
— Ech! co znowu.
— No to zostań! To są, widzisz, takie przedślubne momenty. Ja ich nie przechodziłem, ale rozumiem, cela va sans dire! Kawalerstwo szumne, junackie idzie na strych i naturalnie ma tremę. Twoje małżeństwo ponętne, ale — ale zawsze to już tyły armji — nie kawalerja! To musi wytwarzać wielkie charivari w myślach. Veni creator cię wyleczy, zobaczysz.
Ordynat roześmiał się.
Zadowolony Brochwicz, że rozchmurzył przyjaciela, wyciągnął się wygodnie na sofce i, założywszy ręce na piersiach, mówił wesołym głosem:
— Hej! kiedy to ja będę grzebał swoje kawalerstwo i jaką też będzie przyszła hrabina Brochwieczowa? Ciekawym! Waldy, jak ty kochasz swoją Stefcię? Czy bardzo „tniesz Platona?“ — i czy ona w to wierzy? Bo ja nie. Twoja narzeczona jest inteligentna i nic zalicza się do okropnej sekty niewiniątek spuszczalsko-oczkich, a znowu twoje rozdęte chrapy potrafią uświadamiać. No, u was jest dużo ideału, ale...
— Mój drogi — przerwał Waldemar — tak ja, i moja narzeczona wiemy, że miłość zupełnie platoniczna pomiędzy mężczyzną a kobietą jest taką samą legendą, jak kwiat paproci: oczekują na jego rozkwit, wierzą, że istnieje, ale w rzeczywistości nikt go nigdy nie widział.
— Brawo! — zawołał Brochwicz — i trzeba mieć zapaloną romantyczną głowę, aby wierzyć w to, co nie istnieje. Adam do Ewy także wzdychał platonicznie, dopóki mu z żebra nie wylazła; później podobno zmienił zdanie.
— A jednak — rzekł, ożywiając się, Waldemar — przeszły wieki, przyjdą nowe, długie wieki, a miłość będzie zawsze grasowała w ser-