Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Długi czas oczu nie mogła oderwać od zwierciadła. Suknia, wytwornie, ale skromnie zrobiona, leżała na niej z wykwintną, elegancją. Opływały ją gazy, jak białe mgły, jak obłoki przejrzysta i powiewne. Delikatne jedwabne fale welonu tworzyły cudne a niepochwytne tło dla jej stylowej główki w masie włosów, połyskujących? złotem, i dla jej rysów, rzeźbionych subtelnie, z artyzmem, jakby z jednej perły w przedświcie jutrzenki. Stała tak młoda, wiotka tchnąca czarem, jakby przed chwilą sfrunęła z obłoków, z tych tam różowości i delikatnych lazurów górnych. Oczy jej rozbłysły szczęściem.
— Dla niego się tak ubiorę — myślała z rozrzewnieniem. — Co on powie, jak mnie taką zobaczy?
Zmrużyła oczy i ujrzała w wyobraźni Waldemara, niby żywego, W czarnym fraku, z białym gorsem, z kwiatem pomarańczowym w klapie, nachyli się do niej i powie tym swoim dźwięcznym barytonem:
— Jedyna moja, malutka! Jakaś ty urocza, cudzie mój!
I zadrżą mu jego pyszne usta, poruszą się nozdrza i cała twarz męska, szczupła, nabierze znanego Stefci wyrazu słodyczy, którą tylko ona wywołać potrafi w tych energicznych rysach. W szarych źrenicach błyśnie mu tryumf i duma, rzut gorącej krwi ożywi jego smagławą cerę. On ją zdobył, on ją będzie miał.
Stefcia uśmiechnięta, otworzyła oczy i szepnęła cichutko:
— Za dziesięć dni już! już! Czego się boję?...
Weszła pani Rudecka. Krzyknęła lekko na widok córki. Chwilę stała zapatrzona i, wyciągając do niej ręce, zawołała:
— Jakaś ty śliczna, Stefciu!
— Czy i on to samo powie, mamo? i Waldy?
— Śliczna jesteś, twój Waldy zachwyci się tobą na nowo.
Ukazał się pan Rudecki z listem w ręku.
— Stefciu?... Aa!...
Popatrzał na córkę rozradowany.
— Wspaniała jesteś!
— Pani ordynatowa Michorowska — rzekła przeciągle matka, lubując się trochę brzmieniem tych słów.
Stefcia drgnęła. Ojciec objął ją i pocałował.
— No, jeszcze teraz jest Rudecka, nie tytułujmy jej przed czasem — rzekł z marsem i wręczył córce list.
— Patrz, drugi list do ciebie. Ale to nie pismo ordynata. Znalazłem go zaledwo teraz między gazetami.
Stefcia spojrzała na adres. Koperta była elegancka, charakter ładny ale nieznajomy.
— Od kogo?
— Chyba ze Słodkowic.
Wymieniła umyślnie Słodkowce, wiedząc jednak, że list nie stamtąd.
— Rozbiorę się najpierw.
Pan Rudecki wyszedł. Matka pomogła Stefci zdjąć suknię, ucałowała ją i również oddaliła się.
Stefcia gorączkowo rozcięła kopertę.
Spojrzała na podpis — nie było go. Zamiast nazwiska stało wyraźnie: