Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Za dziesięć dni mój ślub z nim — z Waldemarem — z Waldym...
A po chwili dodała ciszej, jakby z przestrachem:
— Z Waldemarem Michorowskim, ordynatem głębowickim. Czy to możliwe?
Zamyśliła się z trwogą w sercu.
On przyjedzie, zabierze ją do Warszawy, pojadą wszyscy — ona zostanie jego żoną — Michorowską. A co będzie potem? — szczęście czy niedola?
Chodziła po ogrodzie rozgorączkowana. Pod jej stopy padały białe płatki wiśniowych kwiatów, ścieląc się jak ślubny kobierzec. I woń płynęła słodka z rozkwitłych drzew. I ciepłe a rzeźwe prądy przenikały powietrze. Stefcia chodząc zamyślona, spoglądała na ćmę krążących motyli, słuchała brzęku pszczół i gwizdu wilgi. Czasem zagruchał dziki gołąb, lub zaświstał kos. Wszystkim tym głosom wtórowała kukułka.
— Tak było przed rokiem w borku w Słodkowcach — myślała Stefcia — tak jest i w parku głębowickim. Już wkrótce ja tam zostanę na zawsze z nim. Waldy ze mną!... Boże! ile zmian przez ton jeden rok, ile szczęścia!
Stefcia powróciła do swego pokoju, niosąc pęk świeżych rozkwitłych konwalji. Pokoik jej wyglądał jak jeden ogród, bo ordynat co tydzień przysyłał narzeczonej kwiaty z Głębowicz, albo z Warszawy. Przysłał nawet z Petersburga, gdzie bawił kilka dni w sprawach towarzystwa rolniczego. Jurek nanosił do pokoju siostry mnóstwo kwiatów polnych i całe misy rozkwitłych niezapominajek oraz nenufarów; z wielkim trudem wyławiał je ze stawu. Nawet Zosia obdarzała ją czasem garstką zmiętych narcyzów mówiąc ze smutną minką:
— Ty już pojedziesz od nas z tym ładnym panem. Zosia ci narwała kwiatków, żebyś ją kochała. Będziesz?
Stefcię takie dowody pamięci małego rodzeństwa rozrzewniały bardzo. — i teraz ujrzawszy kilka bratków na stoliku, związanych trawą, pomyślała z uśmiechem:
— Pewno prezent od Zosi. Pójdę się z nią pobawić.
Ale myśl jej skierowała się w inną stronę. Stefcia otworzyła szafę. Wisiała w niej suknia ślubna, przysłana przed paru dniami z Warszawy. Wyjęła ją i, rozłożywszy na kanapce zaczęła oglądać. Suknia była śliczna... Na białym atłasie rzucona cieniuchna, przezrocza gaza, matowa i piękna, przeświecała delikatnie śnieżnym połyskiem. Bardzo długi tren w jedwabistych zwojach gazy dodawał sukni dziwnego majestatu. Stefcia ułożyła na sofce zgrabne atłasowe pantofelki i stała zamyślona, patrząc na tę szatę jaśniejącą, niby anielską. Nagle otrząsnęła się i zawołała do siebie głośno:
— Włożę ją. Zobaczę jak będzie.
Zaczęła się ubierać, ale z trudnością mogła sobie poradzić z masą gazy i atłasów. Jednak włożyła cały strój ślubny, nawet niezmiernie długi welon upięła na głowie, ubierając konwaljami w girlandkę. Wieniec ślubny i kwiaty przy boku miała mieć z pomarańczami głębowickiej zupełnie świeże.
Gdy w wysokim lustrze zobaczyła odbicie swej postaci, radosny uśmiech okrasił jej bladawą twarzyczkę.