Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w innem świetle ujrzy pan moje poglądy. Pragnąłbym szczerze mieć z pana przyjaciela, nie wroga.
Ćwilecki żywym ruchem podał rękę ordynatowi.
— Co do mnie, przychylam się zupełnie do pańskich projektów.. Obiecuję współudział w kwestji oświaty, nie dla ambicji, lecz dla potrzeby, jaką odczuwam. Ale kierunek oddaję w ręce pana, gdyż nie jestem zbyt kompetentny — chyba moje kobiety?... Może i do kółek, jeśli je pan zdoła zaprowadzić, zapiszę się również, o ile będę przydatny.
Waldemar serdecznie uścisnął mu rękę.
— Dziękuję panu za dobre chęci.
Zadzwonił.
— Śniadanie podawać!
— Gotowe — odrzekł służący Andrzej.
Panowie pozwolą.
Przy stole rozmawiano o rzeczach pobieżnych. Hrabia Mortęski był trochę jak złapany.
Gdy w godzinę potem lando z Szal okrążało dziedziniec zamkowy, Waldemar, patrząc za niem, szepnął do siebie:
— Knowania Barskiego. Tęgi wróg!




XXVI.

Znikły ostatnie ochłapy śniegu.
Natura gotowała się do przyjęcia wiosny.
Słońce uśmiechnięte, rozparzone, spuściło się niżej, cisnęło na, Ziemię zdroje gorących zarzewi, namiętnych uścisków. Grzało ją piekło lubieżnym płomieniem.
Rozdyszał się cały świat.
Suche wiatry przelatywały pola, tłukły po miedzach i drogach, zgarniając niby grabiami błoto na swe barki. Szumy poszły potężnie i dzikie gwary przyrody. Łomot pękających lodów, trzask łamanej kry huczał, jak podziemny grom. Walka gigantów — wzburzonych wód — ze skorupą lodową.
Zwyciężyły nabrzmiałe fale.
Jak wrzątek wewnętrzny rozrywa wulkan, tak spienione wody przedarły twardy pancerz, rozlały się na nim i, biorąc pod siebie miażdżyły ciężarem swych mas. Huk niedobitków lodowych zagłuszały potężne ryki rozpasanej wody. Z głośnym chlupotem waliły zwichrzone strumienie, rwąc potokami z pól, warcząc jak bestje wściekłe na słońce, że je wywłaszcza z rowów i kałuż. Stargane, brudne, wpadały niby żmije, do rzek i jezior. Wody rzeczne wznosiły się nad poziom. Zajadłe strumienie parły je z boków, wżerały się w nie, niosąc na swych falach muł, odłamki gałęzi i suche trawy.
Słońce pędziło wody, wichry smagały je z żywiołową siłą, rozpędzając, dusząc, aż przerażone ukryły się na dno rzek, wsiąkły w rolę.
Nie zamarły. Zaczęły rozmiękczać skostniałe grudy, wirować w żyłach ziemi. Pokorne już, poddane, pomagały słońcu w robocie.
Wieczory nastały ciepłe. Spadły obfite rosy.
I namiętność buchnęła z ziemi, dreszcze ją przeniknęły. Z potężnych płuc ziały rozkoszne białe opary.