Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Uczta przeciągnęła się do późna.
Niewiele godzin pozostało do świtu, kiedy Bristol opustoszał. Ale służba, zadowolona dobrym zarobkiem, nie czuła się wcale senną.




XXV.

Przeszło parę tygodni. Święta Wielkanocne Waldemar spędził u narzeczonej.
Drugiego dnia w parafjalnym kościele byli wszyscy z Ruczajewa i wiele osób z okolicy, — między nimi stary Prątnicki. Patrzał na Stefcię nieśmiało, lecz z szacunkiem. Miejscowy proboszcz urządzał w tym czasie kwestę na odnowienie kościoła i teraz bardzo sprytnie wybrał do tego Stefcię w towarzystwie jednego ze starszych obywateli. Ofiary sypały się hojnie. Wdzięk Stefci, jej nowe stanowisko i obecność ordynata sprawiły, że każdy chciał prześcignąć drugiego. Ordynat dyskretnie położył na tackę mały rulonik, z którego potem ksiądz wydobył tysiąc rubli w dwóch banknotach. Proboszcz bardzo czuł się zadowolonym ze swego pomysłu. Tylko stary Prątnicki, któremu pieniądze zawsze najwięcej przemawiały do duszy, dowiedziawszy się od księdza o darze ordynata, zrozumiał dopiero teraz swe upokorzenie wobec Stefci i państwa Rudeckich. Nie zbliżył się, aby złożyć życzenia, nie zaszedł na plebanję razem z innymi.
Służba w Ruczajewie nie mogła się również nacieszyć narzeczonym „panienki“, bo ordynat sypał pieniędzmi.
Święta minęły, Waldemar powrócił do Głębowicz.
Pewnego dnia, kiedy miał odjeżdżać na kolej, w celu odwiedzenia wołyńskich dóbr Biało-Czarkasy, zawiadomiono go, że przyjechał jakiś pan z hrabią Ćwileckim i jego końmi.
— Chyba Weyher? — pomyślał Waldemar.
W salonie z niemałem zdziwieniem ujrzał hrabiego Mortęskiego. Staruszek z wypiekami na twarzy bardzo żywo coś tłumaczył Ćwileckiemu.
— Witam hrabiego — zawołał ordynat uprzejmie.
Hrabia się nieco stropił.
— Moje uszanowanie! I ja witam. Bardzo mi przyjemnie. Mówiłem tu właśnie hrabiemu Augustowi o Głębowiczach. Stare, stare gniazdo.
— Pewno już coś przeciwko mnie spiskował — pomyślał Waldemar.
Panowie posiadali. Mortęski trząsł siwemi kępkami włosów, a wystający nos jego marszczył się co chwila jakby z zakłopotaniem.
— Rad jestem z odwiedzin panów, ale zdaje mi się, że ich wizyta ma jakiś cel wyłączny. Czy odgadłem? — przemówił ordynat.
Ćwilecki poruszył się i chrząknął.
— Tak, to jest właściwie hrabia Mortęski ma do pana interes — hm! tak, ordynat domyślił się.
Siwe kłaczki nad uszami byłego prezesa zadrżały mocniej, ale głowę podniósł wysoko, z wypukłych oczu błysnęła już pewność siebie.
— Oui, justement! — przemówił suchym głosem. Będąc w Szalach, postanowiłem odwiedzić ordynata i — prosić go o pewne informacje w kwestji Towarzystwa rolniczego związane z ostatnią sesją.
— Słucham.