Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Barskiemu mierzyć się z ordynatem! czy na rewolwery, czy na rapiry — jeden wynik. Ordynat podziurawiłby jego dumny majestat, aż skwierczałby, jak indor na ruszcie. Ależ dostał Magnackie pawice! Uważał pan! odnośnik do Melanji. Bycze porównanie! gdybym posiadał wymowę ordynata i jego sławę w strzelaniu i szermierce, odbywałbym po kilka pojedynków na tydzień.
Brochwicz giestykulował niesłychanie.
— Jeśli Barski sekundantów przyśle? — niepokoił się Trestka.
— To wówczas pozna zęby ordynata! Ale Barski nie przyśle. Ordynat zostawił kwestję do jego woli, bo sam lekceważy takiego przeciwnika. Barski zaś musi się liczyć. Możemy być spokojni! Chodźmy, bo już dzwonią.
Nagle Trestka stanął.
— A Zaniecki? — rzekł tajemniczo.
Brochwicz parsknął śmiechem.
— Zaniecki ordynata nie wyzwie, bo to laluś z waty, kleju i perfum. Zresztą przy awanturze nie był, a Barski mu się nie pochwali, schowa w kieszeń cukierek ordynata. Przytem Zaniecki nie jest jeszcze zdecydowanym narzeczonym, aby się miał ujmować za starym. Co tam! idziemy na miejsce.
Waldemar wszedł do loży już spokojny, ale blady. Usiadł za Stefcią w milczeniu.
Ona dostrzegła w nim zmianę.
— Co panu? — spytała.
— Nic, jedyna, gorąco tu — odrzekł z uśmiechem.
W teatrze światło było przyćmione i scena zasłonięta. Umyślny efekt dla melodyjnych tonów poloneza Moniuszki, który zaczynał płynąć z orkiestry delikatnie, barwnie, wzruszająco.
— Jakie to śliczne! — rzekła cicho Stefcia.
Siedziała oparta na krześle z odchyloną w tył głową, zasłuchana, podniecona. Oczy jej mrużyły się, kwiaty przy gorsie drżały, poruszane pulsem ciała. Upojenie wsączało się w jej nerwy.
Polonez, grany z artyzmem, wtłaczał do duszy złote rojenia. Z instrumentów, jak na przezroczych gazowych skrzydełkach, wzbijały się nuty czyste, delikatne, pełne uczucia, a szumiące jakąś rozkoszną rzeźwością. Wrażenie było ogólne i potężne. Cisza zaległa loże i krzesła. Górne sfery zdawały się uśpione. Melodja płynęła niepowstrzymaną siłą, omotywała urokiem, drażniła.
Wiew spokoju i błogości tchnął z tonów zda się przeczulonych.
— Wspaniałe! — szepnął Waldemar, tuląc w swej dłoni ręce narzeczonej.
Ze Stefcią, bardzo wrażliwą, działo się coś niezwykłego. Grały w niej nerwy, uczucia słodkie, idące z serca, i zmysły, rozbudzone pieszczotą Waldemara. Niepochwytne marzenia niosły ją w przestrzeń wśródgwiezdną. A muzyka wszechwładnie rozsnuwała czar.
Księżna i pan Maciej byli zasłuchani, głęboko zamyśleni.
Trestka siedział skulony, trzymając Rity rękę, którą od czasu do czasu całował. Ona mu tego nie broniła. Nieruchoma, blada, miała w ciemnych oczach mgiełki wzruszeń, usta trochę zwieszone wyrażały ledwo widoczną rezygnację.
Waldemar dosłyszał cichy szept.
— Czy tak? czy tak? — mruczał Trestka.