Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ale teraz mgliste myśli nie zasnuwały jej swobody. Przy boku narzeczonego cieszyła się życiem, śniegiem i tą jazdą porywającą. Lecz gdy wyniosłe mury zamku zarysowały się potężnie wśród ciemnych sylwetek świerków, Stefcia spoważniała.
Ona ma zostać panią tego zamku, ordynatową tej pysznej rezydencji, świecącej niby klejnot bez ceny w promieniu obszarów ziemskich, jak w złotych tęczówkach. Ona będzie żoną tego rodowego, magnata, tego miljonera. Dziewczyna czuła szum w głowie... On ją, wybrał z tylu innych, więc ambicja jej i duma mogły być nasycone, mogły stać się nawet zawrotnemi. Lecz Stefcia odczuwała szczęście jedynie z powodu uczuć najdroższych dla Waldemara. Kochała go aż do utraty zmysłów. Jego wielkość, płynąca z potężnych murów zamku, przygniatała ją więcej, niż kiedy. Ona tu pozostanie, będzie matką nowych pokoleń.
Stefcia pojmowała wielkość swego zadania, lecz cień jakiś niewyraźny błąkał się w jej duszy.
Waldemar zauważył jej stan i odczuł powód. Pochylił się do niej, mówiąc serdecznie:
— Wiozę cię do siebie już — moją nareszcie!
Musnął ustami jej skronie, nawpół przykryte futrzaną czapeczką.
Stefcia drgnęła. Jego słowa i pocałunek podnieciły ją.
Ordynat strzelił z bata. Wymijał wszystkie sanie, salutując jadących. Z boku zajeżdżał go Brochwicz w pojedyńczych, jak cacko, saneczkach.
— Widziałem ale jestem dyskretny — krzyknął wesoło.
Stefcia zapłonęła rumieńcem.
— Odpłacę ci kiedyś tem samem! — zawołał Waldemar i pomknął naprzód.
Z nożdrzy jego koni buchały ogromne kłęby pary, wiatr szumiał w uszach.
Na baszcie zamkowej, nagle, w ich oczach, rozwinęła się wielka błękitna chorągiew z herbem Michorowskich. Załopotała jakoś triumfalnie. Widocznie zamek czuwał i dojrzał jadącego pana. Wiedział nawet, z kim jedzie, bo z baszty uderzył w powietrze huczny odgłos trąb.
Z blanków zamkowych, osypanych śniegiem, zerwały się przestraszone stada wróbli z głośnem ćwierkaniem. Frunęły na drzewa, czerniąc się, jak drobny śrut pomiędzy zaśnieżonemi gałązkami. Fanfara brzmiała melodyjnie i poważnie.
Stefcia była wzruszona.
Wpadli w aleję świerkową. Nowa niespodzianka. Pod świerkami ustawiona w dwa szeregi straż leśna i strzelcy zwierzynieccy z podłowczymi, na koniach, w galowych strojach, dawali salwy ze strzelb, machając kołpakami i pokrzykując radośnie.
Głębowicze grzmiały na powitanie Stefci.
Waldemar, rozweselony zachowaniem się dworzan, zwolnił pęd koni, zerwał czapkę z głowy i powiewał nią dziękczynnie. Stefcia kłaniała się wdzięcznie. Wzruszenie ją dławiło, dygotała na całem ciele.
A salwy huczały regularnie, jak dla zwycięzcy po bitwie; odgłos trąb rozbrzmiewał echem, chorągiew łopotała na wietrze.