Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/091

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Niesłychane zmiany zastałem w okolicy. To dziwne. Na stacji kolejowej spotkałem Żyżemskich. Mówili mi, że w Szalach jest jak po katastrofie. Widzę, że i w Obronnem nie lepiej.
Panna Rita patrzała w ogień.
— Jak po katastrofie — powtórzyła machinalnie.
Trestka kręcił się na foteliku.
— Cóż ordynat?
Rita podniosła na niego zdziwione oczy i wzruszyła ramionami.
— Pan się pyta?
— No, ja wiem, wszystko wiem, ale czy już usankcjonowane?
— Tylko przez księżnę nie.
— Sapristi! to źle. Dlaczego księżna się upiera? Z ordynatem walka trudna, prawie niemożebna. Słyszałem o jego występie. Na radzie familijnej bronił się podobno pysznie. On ma wymowę!
— I pobił wszystkich — dodała panna Rita.
— Raczej zdruzgotał! Księżna musi uledz! Rozumiem jej stan obecny. Przejść Rubikon najtrudniej. Ale pani? co panią tak złamało?
Spojrzała na niego przez łzy.
— Mnie? co mnie?... Ach Boże!
Spuściła głowę i kilka łez spadło jej na szkocki szał, jakby nieme wyznanie.
Trestka pochylił się, wziął jej rękę i rzekł dziwnie łagodnym głosem:
— Wiem... ja wiem, co panią boli. Jednak ten ból to może przełom, to przesilenie, po którem rozpocznie się nowa era dla mnie — tak oczekiwana. Pani droga, dałbym wiele, aby ordynat dziś ożenił się, bo może wówczas dostanę panią dla siebie. On był tamą, o którą zawsze rozbijałem się bez nadziei, bo nie mnie z nim rywalizować. Widzi pani, jestem szczery, życie dałbym, aby pani za mną tak płakać mogła, lecz ponieważ nie każdy posiada szczęście jednakowe, więc ja pragnę chociaż odrobiny dla siebie, trochę nadziei.
Rita gniewnie wyrwała mu rękę.
— Panie, bez tego! Niech mnie pan nie męczy. Mnie co innego w głowie.
— Zawsze ordynat?
Spojrzała mu śmiało w oczy.
— Ja pragnę dla niego szczęścia.
— On je znajdzie w tej, którą kocha.
— Ale ja mu chcę dopomóc, czem mogę, choćby wpływami na ciocię, choćby kosztem własnego szczęścia.
Trestka zwiesił głowę.
Długi czas trwało milczenie. Panna Rita patrzała na ogień. Trestka bawił się binoklami i, świecąc niemi w blasku płomienia, nie spuszczał z oczu bladej twarzy i apatycznych ust panny Szeliżanki.
Cicho zapytał:
— Czy z panną Stefanją już po słowie, ordynat jej się oświadczył?
— Dawno! jeszcze w Słodkowcach. Ale mu odmówiła i wyjechała.
— Odmó...wi...ła?
— Cóż się pan tak dziwi? Odmówiła, powodowana taktem, ale kocha go. I ona biedna! Żal mi jej,