Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/086

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ramienia. Pan Maciej głowę wnuka ścisnął rękoma, drżące usta starca spoczęły na jego dumnem czole.
Wszyscy mimowoli powstali. Uroczystość chwili podniosła ich z miejsc. Parę głów zwróciło się machinalnie w stronę kotary, gdzie panna Rita zanosiła się spazmatycznym płaczem.
Księżna siedziała jak martwa, bez kropli krwi w twarzy. Patrzała błędnie na pana Macieja z wyrazem zupełnego osłupienia. Drgnęła, gdy Waldemar przyklęknął przed nią i, delikatnie ujmując jej rękę, szepnął miękkim, pieściwym głosem:
— A ty, babciu? — a ty?
— Nigdy! nigdy! — krzyknęła księżna i zwisła na fotelu.
Zemdlała.
Zrobiło się zamieszanie, zaczęto cucić.
Waldemar wziął staruszkę na ręce i niósł do jej sypjalni. Cała procesja szła za nim.
W przejściowym korytarzu stała Rita, oparta o rzeźbiony filar, spłakana, drżąca. Na widok ordynata, niosącego bezwładną księżnę, cofnęła się z lękiem. Jej przerażony wzrok uderzył Waldemara.
— Babcia zemdlała — rzekł krótko.
Do salonu powrócili tylko pan Maciej i Waldemar. Książę i hrabia gdzieś się ukryli, nie śmiejąc spojrzeć na ordynata.
Pan Maciej uścisnął wnuka.
— Uspokój się. Wszystko będzie dobrze. Ten okrzyk księżnej był odruchowy, ale to minie. Zwyciężyłeś Waldemarze i będziesz szczęśliwy! O, jaką tyś mi dał naukę! Ale kamień spadł mi z serca.
Staruszek rozpłakał się, lecz serdeczność Waldemara wróciła mu prędko uśmiech na zoraną twarz.
Księżna nie chciała widzieć nikogo, i Waldemar musiał powtórnie wyjechać z Obronnego bez zgody babki, bez jej błogosławieństwa.




XIV.

Cisza zapanowała w Obronnem, głucha, przygniatająca cisza. Minęły święta Bożego Narodzenia, pierwszy raz tak ponuro zaznaczone w okolicy. Jasny, mroźny styczeń dobiegał połowy. Księżna Podhorecka nie wychodziła ze swoich pokoi, zdenerwowana w najwyższym stopniu. Nie chciała widywać panny Rity, ani ulubionej zwykle pani Dobrzyńskiej. Papugę swą kazała zabrać z buduaru, bo ta ciągłym krzykiem: „L,amour c‘est la vie“, nauczonym przez pannę Ritę, drażniła nerwy księżnej. Nikt nie mógł staruszce dogodzić, nie znosiła obecności ludzi. Miejscowy pleban odwiedzał ją czasem, ale gdy raz zapytany wręcz wziął stronę Waldemara, księżna nie chciała go więcej widywać. Pozostał lekarz, który z obowiązku bywał u niej codziennie. Księżna wybierała się zagranicę, lecz wzbroniono jej tego z powody stanu zdrowia. Waldemara od pamiętnego zjazdu nie widywała wcale, nie pozwoliła sobie o nim nawet wspominać. Mimo to posłańcy z Głębowicz nawiedzali Obronne, dopytując się o zdrowie staruszki. Rozczulona tą troskliwością wnuka, księżna wysłała do niego list, zaklinając, aby zaniechał zamiaru żenienia się ze Stefcią. Na list Waldemar odpowiedział również listem i pozostał niewzruszony. Potrafił jednak w tak ser-