Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/073

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Dziecko moje, szczęście moje! — zwalczę wszystko dla ciebie... bądź spokojna! — przemawiał do wizji.
Gorycz, żal, ból niezmierny miotały nim na samą myśl, że ją odtrącają — tę jego złotą dziewczynę. Cierpiał, lecz nie uległ. Ból go nie zmiażdżył, przeciwnie — podniecał do walki. Czuł napływ do krwi nowych, niezmożonych sił — czuł, że mur, który przed nim wznoszą, rozerwie własną piersią, zetrze w miał. Czuł, że przeskoczy tę przepaść, która się przed nim otworzyła. Posiadał siłę, lot sokoli i szpony orła. Będzie nim pruł owe masy przeciwne, rozdzierał mgłę niechęci, aż dotrze do jasnej przestrzeni swych pragnień. Tam wprowadzi Stefcię, pogrążoną w trwożnej niepewności. On trzyma w swej dłoni jej los, szczęście — i nie zawiedzie jej.
— Musi tak być! musi tak być!
W strasznej wichurze zbuntowanych uczuć szarpał nerwy, rozpalał krew żądzą zwycięstwa.
Otreźwił go szelest sukni kobiecej. Podniósł głowę: przed nim stała panna Rita ze łzami w oczach, bo uderzył ją jak piorun widok jego złamanej postaci. On zmarszczył się, powstał zły. Rita dotknęła ręką jego ramienia.
— Niech się pan nie gniewa, że weszłam — musiałam, wiem o rozmowie pana z ciocią — proszę nie tracić nadziei.
Spojrzał na nią zdumiony i wzruszył ramionami.
— Ja tracę nadzieję? Kto to pani powiedział? Skoro walkę rozpoczynam, nie ustąpię.
Ricie głos się złamał.
— Ja wiem, źle się wyraziłam, chciałam powiedzieć: niech się pan nie martwi — nie zabija złą myślą — księżna da się przekonać — ja... dołożę wszelkich starań do tego.
Waldemar wiedział o uczuciach Rity względem siebie i słowa jej wzruszyły go. Patrzał na nią z uznaniem. Ona zrozumiała inaczej, myśląc, że on się tylko dziwi. Hardo podniosła głowę do góry.
— Niech mi pan wierzy i nie zdumiewa się. Ja obiecuję to szczerze — choć Bóg widzi, jak mi ciężko.
Łzy spłynęły z jej oczu.
Ordynat ucałował jej ręce.
— Dziękuję, droga pani, wdzięczność zachowam, ale niech się pani nie naraża babci. Ja sam zwalczę wszystkie przeciwności.
— Chcę szczęścia dla was obojga — jesteście tego warci.
Wybiegła z pokoju.
Waldemar stanął przy oknie, szarpał dewizkę i usta gryzł do krwi.
W godzinę potem spokojny już i zimny, żegnał się z panną Szeliżanką, która mu oznajmiła, że księżna jest bardzo znerwowaną i że przez nią posyła mu pożegnanie. Siedząc w sankach, Waldemar rzekł do siebie:
— Pierwszy akt odegrany.