Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/072

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie wzrusza, a ty babciu? ty się nie będziesz upierała. Jesteś na to zbyt rozumna.
— Mylisz się. Ja na to nie pozwolę nigdy.
— Pozwolisz, babciu, choćby pod groźbą, mego nieposłuszeństwa. Moją żoną zostanie tylko Stefcia Rudecka. Na to się zgodzi i rodzina i sfera, bo tradycja nic tu nie przeszkadza.
— I to ty mówisz, Waldy? ty?
— Ja, Michorowski, ordynat głębowiecki i twój wnuk.
— I ty, pierwszy magnat w kraju, za którym szalały córki najznakomitszych domów, ty zrobisz takie odstępstwo?
— Ja, babciu! Szalały za mną kobiety, jak sama mówisz, teraz ja szaleję za jedną.
Księżna wyciągnęła ręce przed siebie.
— Ależ szalej za nią, ile chcesz, szalejcie oboje, tylko się nie żeń!
Waldemar rzucił na babkę pełne zdumienia spojrzenie.
— Teraz na mnie kolej zapytać: i to ty mówisz, babciu, ty?
— Waldemarze, nie doprowadzaj mnie do ostatecznej rozpaczy. Ja nie chcę jej dla ciebie, nie chcę! nie chcę!
Gwałtownie powstała z kanapki, blada i drżąca.
Waldemar łagodnie wziął jej rękę.
— Babciu, błagam, uspokój się! Pomyśl o tem poważnie, a jestem pewny, że wszystko inaczej odczujesz.
— Nigdy! nigdy!
Ordynat zacisnął zęby, krew rozszalała się w jego żyłach. Ale potężną wolą stłumił wybuch, tylko po twarzy latały mu ognie.
— Babciu, zgodzisz się, bo ja nie ustąpię za nic! Znasz mnie, nie łatwo daję się zginać. Nawet twoja ręka nie może mieć wpływu tam, gdzie jest miłość i silna wola. Nie chciałbym z tobą walki i dlatego proszę: uspokój się. Po namyśle zrozumiesz, że upierać się niema zasady. Sama pokochasz Stefcię i pobłogosławisz nam.
Księżna wyrwała mu rękę.
— Nie licz na to nigdy. Już chociaż to odemnie zależy! Ja wam nie pobłogosławię!
Waldemar blady, straszny, przeciągnął ręką po czole, na którem? wystąpiła lekka rosa potu. W oczach już nie miał ogni, ale zimny, przerażający chłód. Rzekł z okropną siłą w głosie, jakby wydawał wyrok śmierci:
— Więc ja... wbrew twej groźbie zaślubię Stefcię.
Księżna patrzała na wnuka przerażona, załamała ręce i prędko wyszła z pokoju.
— On mnie do tego zmusi! — on i do tego zmusi, Boże! Boże! — szeptała sinemi wargami.
Waldemar po jej wyjściu, ścisnął rękoma głowę i ciężko usiadł na fotelu. To, czego się najwięcej obawiał, nastąpiło. On wiedział, że bez błogosławieństwa i bez pozwolenia babki Stefcia nie zostanie jego żoną. Pierwszy raz ten człowiek silny, jak z granitu, uczuł się złamanym. Jakaś głucha rozpacz zatargała jego duszą. Bunt, gniew, oburzenie rozrywały mu piersi. Przed oczyma stanęła mu postać Stefci. Jej ciemne fijołkowe oczy spojrzały na niego błagalnie, pełne miłości i słodkich ponęt. Jej różowe usta szeptały gorące słowa, długie rzęsy kładły się na ślicznej twarzy z jakąś rozkoszną pieszczotą. Obraz ten czarował go, upajał.