Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/068

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A przecież mówisz, że ci odmówiła? Jednak zdobyła się na tyle taktu — dodała, jakby do siebie.
— Ale to był tylko jej takt. Powtarzam, ona mnie również kocha. Uczynię wszystko, aby przemóc jej upór. Pojadę do Ruczajewa do państwa Rudeckich prosić o rękę ich córki.
— Boże! Boże! Boże! — jęczała księżna.
Waldemar niecierpliwił się.
— Babciu, proszę nie rozpaczać, bo zbrodni nie popełniam. Sądzę, że moje szczęście powinno trochę inaczej usposabiać tych, co mnie kochają, a widzę, że jest przeciwnie.
— Nie o takiem szczęściu dla ciebie marzyłam! Nie widziałam dość stosownej partji w kraju, a ty — a ty — na moje stare lata cóż mi dajesz? Boże miłosierny!
Księżna rozpłakała się, zakryła powieki rękoma i, zagłębiona w fotelu, trzęsła się, łkając z przejmującym żalem.
Ordynat wstał, przeszedł się po pokoju, panując nad sobą. Płacz babki rwał mu serce, lecz ani na chwilę nie zachwiał postanowionej walki. Zaciskał zęby, a w duszy przemawiał do Stefci, przywoływał ją najczulszemi słowami:
— Malutka moja, dla ciebie zniosę wszystko, będziesz moją i oni cię przyjmą.
Podszedł do księżnej i, pochylony, ogarniając ramionami jej skurczoną postać, ucałował serdecznie rozpaloną skroń staruszki.
— Babciu, jeśli mnie kochasz, uspokój się, z mego szczęścia nie czyń dramatu. Wiem, chciałaś dla mnie jak najlepiej, ale każdy nosi w sobie świadomość własnych pragnień... ja dążę do swych najdroższych. Proszę cię, babciu, nie płacz. To mnie rani i obraża Stefcię.
Księżna, łkając, załamała ręce.
— O Waldy! Waldy!
Waldemar przyklęknął u jej kolan, pieszczotliwie całował jej dłonie, mówił dobrym głosem:
— Zawsze jestem ten sam, twój Waldy i zawsze nim pozostanę. Kocham cię i cenię, ale właśnie dlatego pragnę, abyś mnie zrozumiała, abyś nie tak tragicznie zapatrywała się na moją miłość i małżeństwo. Ty, babciu, różniłaś się pojęciami od naszej arystokracji, miałaś tyle dobrych zasad. Nie spostrzegłem w tobie przesądów, fanatyzmu i ceniłem cię bardzo wysoko. A zresztą — czyż Stefcia zasługuje na taką niechęć z twej strony, czy jej nie znasz? Ona taka wdzięczna, wytworna, a przytem taka szlachetna — sama to zauważyłaś.
Księżna spojrzała na wnuka surowo.
— Może być najpiękniejsza, najszlachetniejsza, ale jest nie dla ciebie.
— Czy tylko dlatego, że nazywa się Rudecka?
— Choćby dlatego.
— Ależ, babciu, mogę ci pokazać herbarz, gdzie nazwisko Rudeckich umieszczono bardzo wyraźnie. Jest to rodzina stara, ozdobiona dobrym herbem szlecheckim. Nie jest to ród gorszy od Żninów, Szeligów ani Ćwileckich, razem z ich nabytym tytułem.
— Wśród tych, których wyliczasz, nie szukałam dla ciebie żony.
Ordynat wstał.