Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/062

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rzeniem sympatyczną twarz przybyłej. Znał ją z widzenia, była to obywatelka z okolic Obronnego. Skłonił się z wytworną grzecznością.
— Opiece szanownej pani polecam moją narzeczoną. Jestem ordynat Michorowski.
Zdziwiła się mocno, ale natychmiast z uśmiechem podała mu rękę, mówiąc swe nazwisko.
— Niech pan będzie spokojny. Jedziemy z panią w jedną drogę, zaopiekuję się nią aż do mej stacji.
Waldemar podziękował, uścisnął rękę Stefci i wybiegi z wagonu.
Pociąg ruszył.
Ordynat, idąc przy oknie, gdzie stała Stefcia, uniósł z głowy futrzaną czapkę i posyłał pieszczące słowa za bladą twarzyczką dziewczyny, niknącą na tle szyby w natłoku wagonów. Pociąg wypadł poza stację, na księżycowej, błękitnej przestrzeni toczył się szybko, hurkotał, opasany zbitym wałem dymu.
Waldenmr doszedł do pompy stacyjnej, stanął i patrzał na oddalającą się masę, łowił uchem silniejszy, to słabszy turkot kół, z dziwnem, rzewnem uczuciem.
— Przyjadę po ciebie niedługo, mój ty ptaku zloty! — rzekł prawie głośno.
Stał dotąd, aż ciemna plamka pociągu wsiąkła w błękitnawą sadź księżyca, poczem zawrócił.
— A teraz do walki! — zawołał.
W sali bufetowej zatrzymał go ukłonem zawiadowca stacji,.
— Bardzo przepraszam pana ordynata, że wcześniej nie złożyłem mego uszanowania. Czy to odjechała panna Rudecka?
Waldemar podał mu rękę.
— Tak, panie, moja narzeczona pojechała do rodziców.
— A-a-a!...
Urzędnik tak się zdziwił, że nie zdobył się już na żadne więcej słowo, zapomniał nawet o obowiązującem powinszowaniu.
Waldemar nie dał mu na to czasu, pożegnał go natychmiast.
Strzelec Jur, przechodząc obok, usłyszał zdumiewającą wieść i również osłupiał.
— Podawać karetę! — rzekł do niego Waldemar.
— Czy do Słodkowic, jaśnie panie? — spytał Jur, stojąc przy drzwiczkach.
— Do Głębowicz.
Pojechali.
Waldemar zdjął czapkę i rozpiął futro.
Nozdrzami wchłaniał delikatny zapach perfum Stefci, pozostały w karecie.




XI.

W Obronnem księżna Podhorecka siedziała w swym gabinecie zamyślona. Otoczenie odpowiadało wyniosłej i poważnej postaci właścicielki. Pokój, obity ciemnym adamaszkiem, pełen mrocznych tonów, przypomniał komnaty matron polskich w staroświeckich zamczyskach.