Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/056

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


X.

Co się stało w pałacu, nikt nie wiedział, ale nawet służba czuła, że coś jest. Wieczerzy nikt nie jadł. Pan Maciej, po krótkiej rozmowie z ordynatem, zamknął się w gabinecie. Ordynat przyjął wprawdzie rządcę Klecza, ale narada niedługo trwała. Rządca, wychodząc, spytał szeptem strzelca Jura:
— Co się stało ordynatowi?
Zapytany szeroko rozłożył ręce.
— Ja tu jestem głupi, ale coś się stało i to wszystkim.
Cicho, z tajemniczą miną zaczął opowiadać, że ze starszym panem jeszcze gorzej, że pani baronowa podobno biega wciąż po swoim buduarze — tak mówiła Anetka, panna służąca — a baronówna ledwo się dostała do pokoju panny Stefanji, i teraz obie płaczą, ale że drzwi zamknięte, więc Anetka nie może wiedzieć czego.
Klecz poruszył głową.
— Tu się coś święci.
I odszedł, rozmyślając. Zastanawiał go fakt, że od pierwszego wyjazdu panny Rudeckiej w pałac jakby uderzył grom.
Na drugi dzień Stefcia oznaczyła swój wyjazd: miał nastąpić wieczorem.
Nikt się temu nie sprzeciwiał, ale Lucia zapuchła od płaczu, nie wychodząc z pokoju przyjaciółki. Stefcia napisała krótki serdeczny list do panny Rity, żegnając ją i prosząc o pożegnanie w jej imieniu księżnej. Sama obiegła park, ogród, zaszła nawet do borku. Przed obrazkiem Bogarodzicy, który jeszcze w maju zawiesiła na potężnym grabie, modliła się teraz długo, klęcząc w śniegu. Chciała go zabrać ze sobą, lecz zaniechała tej myśli.
— Niech on tu zostanie, jako pamiątka po mnie.
Wieczerzy, jak poprzedniego dnia, nikt nie tknął. Wszyscy byli przygnębieni. Nawet pan Ksawery nie miał apetytu.
Waldemar odsuwał półmiski ruchem stanowczym, wypił tylko parę kieliszków burgunda. Zimny, spokojny, na Stefcię nawet nie patrzał.
Ona siedziała, jak martwa. Wodząc oczyma po sali, żegnała portrety, freski i rzeźby ścian. Dreszcz przebiegał jej członki, dreszcz chłodny, wstrząsający. Była blada, tylko oczy gorzały jakimś ogniem tragicznym, palącym się w duszy, tylko usta rozpalone piekły żarem. W piersi czuła prędkie, suche uderzenie serca, szum w głowie ogłuszał ją.
— Jadę, jadę na zawsze! — powtarzała sobie w myśli z dzikim uporem.
— Straszne to, okrutne!
I przedstawiały się jej oczom szeregi dni w Słodkowcach spędzone, pierwsze chwile dość przykre, wesołe lato i jesień pełna czaru.
— Głębowicze! Głębowicze! — huczało jej w myśli. — Nie ujrzę ich już nigdy!...
Wystawa, polowania, bal kostjumowy, wszystkie drogie wspomnienia stawały teraz przed nią jakby na urągowisko.
I znowu zobaczyła szeregi dni, które tu płynąć będą po jej odjeździe. Te same osoby siądą jutro do stołu, tylko już bez niej. Nic się nie zmieni. Waldemar będzie tu bywał, jak zwykle. Na wiosnę zakwitną bzy, narcyzy i mnóstwo irysów na trawnikach. W borku