Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/055

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


To potęga, cyklon rwący, wszechmocny.
— Jego być, do niego należeć! Boże, zabij mnie za te pragnienia! — skarżyła się Stefcia.
Chwilami słabła. Wówczas ciche pasemka nadziei wsuwały się w jej dramat, słodko szemrząc. Jakby we śnie, doznawała złudzenia nad wyraz błogiego, że on jest obok niej, że kładzie dłoń na jej skroni i przemawia łagodnie. Ona opiera głowę na jego piersiach z ufnością, z nieziemskiem uczuciem szczęścia; uczuwa na ustach pocałunek; palące dotknięcie jego pożądliwych warg, niby słodka trucizna, odurza ją... W upojeniu bez granic mdleje, pada w promienisty krąg niewysłowionej błogości.
Czy to już śmierć?... Stefcia drży, nie śmie podnieść głowy, otworzyć oczu, trwa w niepamięci, owiana wonią zaczarowanych kwiatów marzeń.
Ciche pukanie do drzwi.
Świat! świat ją woła.
— Nie otworzę! — myśli Stefcia — nikt niema prawa deptać złotych rojeń o nim, nikt!
Cicha nuta jej duszy wpadła znowu w szloch. Dziewczyna spazmatycznie łka. Rozkłębia się na nowo piekielny gad nędzy i przesuwa przed Stefcią ohydne cielsko. Przyciszony muzyką anielskich harf odżył nikczemny, jak upiór straszny.
Zdruzgotał marzenia.
Płacz, płacz... popiół w duszy... pogorzel nadziei — klęska!
Pukanie do drzwi powtarza się. Rzeczywistość czuwa i nadchodzi, by wyrwać ofiarę. Zasłoną cudnych widoków zapada ze złowrogim szelestem. Ginie czar.
Stefcia nie otwiera drzwi.
— Boże! Boże! daj siły, daj wytrwałość! — szepnęła, gniotąc konwulsyjnie czoło w dłoniach.
I zapadła w odrętwienie, z załamanemi rękoma skamieniała. Łzy się w niej zapiekły cierpieniem, przenikliwy mróz ścinał krew w jej arterjach, pokrywał szronem zapalne wyskoki krwi, dusił ją chłodną, bezwzględną prawdą. Jakby muśnięte powiewem śmierci, stężały w nich uczucia, zlodowaciał mózg. Stefcia była głazem.
Oczy Waldemara uporczywe, silne wolą, niemiłosierne w wyrazie, stały wciąż przed nią, jak zapora, odgradzająca zmącone przestrzenie i ponure groby, dokąd bezwiednie szła jej dusza.
Postać Waldemara olbrzymiała w jej podnieconej wyobraźni, głos jego grzmiał, niby wzburzone wody oceanu. Ramiona potężne, ramiona, mogące skruczyć wulkan, otwierały się do niej, aby ją unieść z ziemi, do wyżyn rozsłonecznionych, do apoteozy boskiej szczęśliwości.
Stefcia majaczyła z jego ideałem w całej swej istocie.
Po paru godzinach stukanie do drzwi ponowiło się i cichy, łzawy głos szeptał błagalnie. Gdy wpółprzytomna Stefcia otworzyła, Lucia wpadła, z głośnym spazmem rzucając się w jej objęcia.