Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/053

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


głową. Dopiero w białym salonie załamała ręce strasznym ruchem rozpaczy i pędem pobiegła do siebie. Przed łóżkiem runęła na kolana.
Przeraźliwy płacz buchnął z jej piersi.
— Skończone! skończone! — jęknęła wśród łkań.
Waldemar pozostał jak wbity w ziemię. Jej okrzyk wypowiedział mu wszystko. Miała na myśli babkę i Macieja. Ostatnim słowom Stefci nie uwierzył. Przeciwnie — sposób, w jaki były wypowiedziane, utwierdził go w pewności, że ona go kocha. Ale patrzał na nią osłupiały z podziwu, gdy odchodziła. W oczach błysnął mu triumf.
— Dzielna i dumna! — szepnął z uznaniem.
Stał, patrząc na rozhuśtane gałęzie kamelji, poruszone przez Stefcię, i zwolna twarz jego uspokoiła się, wzburzenie minęło.
Łagodny wyraz okolił jego wydatne usta, w oczach zadrgała tkliwość.
— Kocham ją nad wszystko — zostanie moją...
Przeszedł się parę razy po uliczce, mając pełne oczy, pełną duszę obrazu Stefci.
— A gdyby?
Przyszła mu na myśl rodzina. Odmówią mu stanowczo. Co wówczas?
Dziki ogień błysnął mu w oczach. Brwi ściągnął groźnie.
— Zobaczymy! — syknął z wściekłością.




IX.

Po straszliwym wybuchu płaczu, Stefcia z klęczek osunęła się na podłogę i skulona wlepiła oczy w jasny, drgający promień, co jak rakieta, wypadł z okna i szerokim pasem przerżnął pokój, rozświetlając delikatne pyły. Oczy Stefci pomimo łzawej mętni, gorzały. Buchała z nich szalona miłością dusza, obudzony a palący żar młodej natury. Na ustach jej zaskrzepły ból zmalał; rozchylał je teraz dziki krzyk wewnętrznej nawałnicy. Wrzała w niej męka i krew rozkipiała, bijąca ogniem na twarz. Dłonie łamały się w żywiołowej walce. Wszystkie siły duchowe Stefcia wezwała na pomoc. Za słabe były, nie mogły zwyciężyć. Miłość jej tragiczna, głęboka a poważna przez swą ciszę, gwałtownie, jak pożar od iskry piorunu, targnęła jej sercem, porywając w bezkreśny wir zmysły i duszę. Pożoga olbrzymich uczuć zatrzęsła istotą Stefci, waląc w mózg niezmierną potęgą, płomieniem, niosąc z rozpędem huraganu gorące zarzewia do jej żył.
Krótka chwila uścisku Waldemara pozostała w nerwach. Stefcia czuła się opasaną żelaznemi okowami jego namiętnych ramion, czuła rozpalony oddech jego ust obok swej skroni przez jeden błysk oka.
Skąd przyszła ta siła, ta moc nieludzka, co ją wyrwała z tytanicznej władzy ukochanego? To rozpacz, to wizja przeszłości.
Stefcia wyjęczała rozdzierającą serce skargę:
— Kocham go do szaleństwa, bez pamięci! Jego być chcę, jego niewolnicą!
Wpychała chusteczkę w usta, aby nie skowyczeć z bólu, z pragnień słodkich, niosących ją w zawrotną przepaść tęsknoty.
Kocham go! Waldy! Waldy! mój panie!