Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/034

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Kto przyniósł ten list? — spytał służącego nienaturalnym głosem.
— Paweł, stajenny ze Słodkowic, przed kwadransem. Nie śmiałem przeszkadzać jaśnie panu, położyłem na biurku.
— To źle. Czasem list jest pilny. Czy posłaniec czeka?
— Już pojechał. Spieszył bardzo. Panienka nie kazała czekał na odpowiedź.
— Możesz odejść.
Andrzej ruszył do drzwi.
— Zaczekaj... Która godzina — zawołał Waldemar, patrząc jednocześnie na zegarek.
— Pół do ósmej.
— Dobrze! Niech natychmiast Brunon zaprzęga siwe ogiery do większej karety na saniach. Jur na koźle. Przygotować dla mnie wszystko na dobę.
Andrzej wypadł z gabinetu. Odczuł w głosie swego pana jakieś tony, które go zastanowiły i zatrwożyły.
— Czy się tam co stało, czy pan Ordynat chory — myślał, biegnąc do kredensu.
Waldemar chodził prędko i rozmyślał:
— Czy ona wie wszystko o zmarłej babce, czy zna jej historję? To możliwe! a w takim razie wraca tylko po to, by się pożegnać. Nie ostanie tu dłużej, bo mnie kocha. Przyszłość ją przerazi ze względu na przeszłość. My w niej budzimy trwogę, skoro już świadoma przeszłości. Czy we mnie jest litość dla niej, czy miłość?... Kocham ją, kochałem przedtem, nim się wszystko wyjaśniło. I ona kocha, może teraz nienawidzi? A sfera? a rodzina? Oni nie dopuszczą.... niechże spróbują. Będą stawiali trudności — zwalczę je! Nie zdepcą, nie sponiewierają mych uczuć, na to nie pozwolę!
Waldemar zatrzymał się, podniósł rękę do czoła.
— Chcę, pragnę jej — czuję głód szczęścia! Znalazłem je i nie dam sobie wyrwać. Walka zmoże ich — ulegną mi — muszą! — echcę — pragnę — i dopnę.
Ktoś zastukał.
— Można.
Wszedł marszałek dworu.
— Czego pan sobie życzył.
Stary człowiek zgiął się w powitalnym ukłonie.
— Przepraszam, że ośmieliłem się przeszkadzać, ale pan ordynat wyjeżdża, a za parę dni ma być w zamku obiad proszony in gratiara wyborów. Czy dostanę jakieś wyłączne rozporządzenie?
— Nie — rzekł Waldemar trochę niecierpliwie — jutro wracam. Niech pan przygotowania robi, jak zwykle. Zjazd będzie duży, ale oprócz obiadu, żadnych zabaw.
Marszałek ukłonił się i wyszedł.
Waldemar znowu zaczął chodzić. Tysiące myśli szumiało mu w głowie, nawał uczuć rozsadzał pierś, krew w nim wrzała. Był tak podrażniony ostateczną rozmową z duszą i sumieniem, tak przeczulony, że zdawał się słyszeć każdą kroplę krwi, jak sączyła się przez żyły i wpływała do mózgu rozpalona, niby kropla ognia. Cały ferment wahań, zagadnień, przez który przeszedł w ostatnich czasach, skrystalizował się jasno, z wypukłą wyrazistością. Wiedział już, do