Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/033

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


typowa twarz, ale jakieś dramatyczne linje skaziły czystość rysów. W oczach przebijał apatyczny wyraz. Waldemar uśmiechnął się.
— Może portretowany w czasie, kiedy miał się rozwodzić z żoną, sławną z piękności, bogactw i paranteli — szepnął z sarkazmem.
Portret ojca miał te same cechy smutku, to samo obojętne spojrzenie.
Matka, bardzo podobna do księżny Podhoreckiej, piękna i młoda, nie nosiła w swej twarzy śladów szczęścia.
Waldemar obszedł dokoła całą salę. Był podniecony, ironiczny wyraz na jego ustach potęgował się. Nareszcie stanął przed portretem babki. Patrzał długo, uważnie.
— I tu to samo — szepnął, osuwając się na kanapkę.
Patrzał na tragiczne oczy, z których wiała rozpacz, na zgnębiony wyraz całej postaci. Smutek wyłaniał się z każdego szczegółu, nawet, zda się, z fałd ciężkiej sukni. Waldemar siedział pogrążony w zamyśleniu. Nagle powstał, rzucił dokoła ironiczne spojrzenie i zawołał głośno tonem pełnym goryczy:
— Mają tytuły, stanowiska, parantele, miljony, ale gdzież, szczęście? Nie widzę tego.
Rozśmiał się gorzko i wzruszywszy ramionami, rzekł ciszej:
— Nie znam szczęścia w historji naszej.
Portret Gabrjeli Michorowskiej, naturalnej wielkości, umieszczony blisko drzwi, po obu stronach miał ciężkie aksamitne opony, zwieszające się od sufitu. Waldemar podniósł jedną z lewej strony. Ujrzał puste miejsce na ścianie, wyłożonej, dębem. Nie zapuszczając aksamitu, spojrzał na drugą stronę portretu i pomyślał:
— Tam miejsce dla dziadka Macieja, a tu?...
Gładka, błyszcząca słojami dębu ściana, wydała mu się zagadką, lecz nie pojmował, dlaczego przejmuje go lekkie, jak cień, uczucie trwogi. Dziwny niepokój wiał z tej pustej ściany, wciskał się do duszy.
Ordynat zadrżał.
— Co to jest? — spytał sam siebie, marszcząc brwi.
Zapuścił oponę stanowczym ruchem...
Znowu usiadł na kanapce i ścisnął rękoma skronie.
— Strasznie jestem znerwowany, strasznie!
Tęsknił za Stefcią w czasie długich polowań, potem ujrzał na Krótko i tęsknota do niej wzmogła się, nie dając mu spokoju.
Kiedy powrócił do gabinetu, zobaczył na biurku list, zaadresowany ręką Luci Elzonowskiej.
Szybko rozerwał kopertę.
Dziewczynka pisała:
„Przyjedź, Waldy, dziś, jeśli chcesz powitać Stefcię: wraca jutro rano. Bardzobym chciała pojechać na jej spotkanie, ale boję się mamy. Nikt nie wie, że do Ciebie piszę. Chciałam telefonować, ale, jak wiesz, telefon znajduje się blisko mamy, a do pawilonu do Klecza, przecie nie pójdę. Dopomógł mi poczciwy Jacenty do wysłania posłańca. Przyjeżdżaj koniecznie. Lucia.“
Waldemar uczuł przypływ krwi do mózgu.
— Wraca, ona wraca!
Dziki, gwałtowny szał radości zawrzał w nim. Ordynat zadzwonił gorączkowo.