Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/005

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I.

Lato, wystawa, złota jesień, polowania w Głębowiczach należały do przeszłości. Słońce, zamglone dnie, zastąpił mroźny podmuch z północy i siał na obnażoną ziemię wielkie białe płaty. Śnieg sypał, kłębił się, otulał bielą puchów nagie gałązki drzew i wysokie ciemozielone świerki. Rozścielał na ziemię olbrzymią białą oponę. Zakrywał pola, żółtą, przegniłą trawę, przemieniając świat w grotę z cukrów i kryształu. Słońce oczyściło się z chmur, rozpędziło mgły. Otoczone nieskończoną przestrzenią błękitów, uniosło tarczę wysoko, sypiąc na mleczną ziemię złote blaski. W śniegu krzesało iskry, pełne barw drogich kamieni.
Pogoda lśniła cudowną zimową szatą, mróz nadawał jej energję i tęgość, orzeźwiające ludzi. Ptaki kręciły się wśród zamrożonych drzew z kwileniem radosnem. Czerwone gile odbijały rażąco od białej dekoracji, jak wielkie maki wśród łanów dojrzałej gryki.
W Słodkowcach park, ogród, rozłożyste i smukłe krzewy otulają zwoje śniegu. Jezioro, stężałe w uścisku lodowego powiewu, bieli się gładką przestrzenią. Filary ganku i schody pokrywa mroźna powłoka. Zamiast kwitnących róż widać pagórki, pokryte śniegiem. Kuliste lipy przed pałacem, oblepione sadzią, wyglądają jak wielkich rozmiarów dmuchawce, tak ich gałązki są delikatne i przezrocze. Z niezmiernie białych przestrzeni płynie martwota, skrzepły spokój i wielka potęga skrystalizowanej natury. Wszystko jest nieruchome, milczące, niepokalanie czyste, zimne w swej piękności, jak posągowe.
Na końcu wielkiej aleji grabowej, jak w korytarzu z alabastry stoi pod ciężkiemi splotami gałęzi wiotka postać, prawie mała wśród mroźnych olbrzymów.
Stefcia opiera się plecami o skostniały pień grabu. Z pod czapeczki patrzy na śnieżną przestrzeń i ciemniejszą taśmę drogi. Stoi na wzgórku. Mur, okalający park, nie zasłania jej widoku.
Wzrok leci i leci w sinawą dal, jaskółczem skrzydłem przebija szafirowy wał lasu i pędzi dalej, bez końca. Jest punkt, gdzie się zatrzymuje, dokąd właściwie dąży, punkt świetny, rdzeń wielkiego koła ziemi, co go otacza. Dziewczyna stoi bez poruszenia. Pomyślećby można, że szron, spadający z drzew, i ją ścina w posąg, ziębi ostrem tchnieniem.
W oczach jej błyszczy tęskna myśl, śle ją na drogę, wysyła daleko... tam, gdzie i dusza rwie się z niepowstrzymaną siłą. Wielkie oczekiwanie czegoś, co napełnia rozkoszą, ale tak subtelną, że ledwo