Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/219

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


leszcząc spadały na ziemię, a czasem zakwilił ptak wśród gałęzi. Linję obstawiono gęsto; prawie za każdym myśliwym stał strzelec.
Waldemar miał miejsce pod ogromną sosną. Trzymał strzelbę w pogotowiu, druga stała oparta o drzewo. Nie lubił mieć za plecami służącego: jego strzelec, olbrzymi Jur, stał w pewnej odległości, mając polecenie przynosić zabitą zwierzynę po skończonym zakładzie.
Naganka ruszyła daleko, myśliwi nic słyszeć nie mogli. Bór milczał jakby się gotując do mającej nastąpić kanonady. Waldemar wsparł się plecami o sosnę, niebardzo uważając na ciemne głębie przed sobą. Oczy jego nie miały ironicznego wyrazu, sarkazm częsty gość w nich, schował się głęboko, wysyłając na swe miejsce trochę tęskną zadumę. Pełne, nieco zmysłowe usta przeciągnęły się w linję stanowczą, jakby do walki, przez tęsknotę oczu przelatywał chwilami groźny błysk. Wówczas brwi tworzyły złowrogi łuk. O czemś rozmyślał, coś postanawiał, może nawet marzył... Lecz na fali marzeń musiały być jakieś porohy nieprzyjazne. One wywoływały groźne cienie w jego oczach i na twarzy.
Nagle rozpogodził się, jakby jasny blask słońca padł wprost na jego głowę. Lekki uśmieszek, prawie rzewny, przemknął po jego ustach. Wyszeptał niemal z czułością:
— Stefcia...
Wiatr wionął, żółte liście z drzew poruszyły się zgodną harmonia, zaszumiały głośniej wyniosłe czuby sosen, kilka głosów ptasich uderzyło w niebo
— Stefcia... Stefcia... — szeptały dokoła drzewa i kwiliły ptaki.
Zdaleka zerwał się hałas kołatek i przeciągłe pohukiwanie idącej zgrai.
Szła nagonka.
Jeszcze chwila natężonej uwagi... Zadudniał głuchy, potężny tętent, ozwał się trzask łamanych gałęzi i Waldemar ujrzał pędzącego z boku olbrzymiego łosia. Zwierzę rwało przez zarośla ociężałym kłusem, z podniesioną głową i położonemi na grzbiet rogami, jak sękate gałęzie.
Waldemar wymierzył, lecz nie strzelał: — Oddał pierwszeństwo księciu Zanieckiemu. Ten raptownie podniósł strzelbę do oczu, ale łoś dojrzał ruch i, skręciwszy na miejscu, rzucił się w stronę Waldemara. Zaniecki strzelił z obu luf — spudłował! Łoś zadarł głowę i, farbując, posunął się bliżej ordynata.
Wówczas Waldemar wypalił, mierząc w komorę, raz i drugi. Olbrzym ryknął przeciągle i ciężko ranny poszedł dalej.
Brochwicz dokończył mordu. A Zaniecki szepnął do siebie:
— Ordynat rozmarzony, zaczyna pudłować.
Strzały nie milkły, cała linia grzmiała hukiem.
Padło kilka łosi, — inna zwierzyna sypała się gęsto. Ordynat zabił dużo, otaczał go ładny wianek zdobyczy.
Gdy nagonka podeszła blisko, myśliwi zgromadzili się przy księciu Giersztorfie.
Każdy opowiadał o swych zdobyczach.
— Ja najwięcej dałem strzałów — wołał Trestka.
— A zabił pan ile sztuk?
— Ile?... coś chyba... ech, nie wiem!. To się potem policzy.
— Panowie, baczność! uważam, że Trestka chce ściągnąć każdemu z nas po jednym zajączku dla zwiększenia swego tryumfu — zawołał wesoły Brochwicz.