Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Stanowczo! Wolę dorożkę — odpowiedziała z uśmiechem.
— Bardzo taktowna dziewczyna — rzekła baronowa do ojca, po wyjściu Stefci. — Ale Waldy czasem galopuje się.
— Jemu wypadało zaproponować, a jej odmówić. Są siebie warci — odrzekł pan Maciej.
Waldemar odprowadził Stefcię do dorożki.
— Panno Stefanjo, co się z panią dzieje? — zapytał, patrząc na jej gorące rumieńce i podniecenie.
— Jadę na spotkanie ojca — odparła.
— Dobrze! ale ja już od kilku dni nie poznaję pani. Wystawa dziwnie na panią działa.
Stefcia przygryzła usta.
— Źle czy dobrze?
— Przedewszystkiem odmiennie. Pani się czemś kłopoce, jakiś niepokój panią dręczy...
Podniosła na niego zdumione oczy.
— Więc przeczułem? Tak? jakiś niepokój?...
Nic nie odpowiedziawszy szybko zbiegła ze schodów.
Ściskając jej rękę na pożegnanie, szepnął serdecznie:
— Proszę być wesołą i... ufać mi.
— W czem? — zapytała dumnie.
Waldemar zmarszczył brwi, iskry zamigotały w jego oczach.
— Pani wie, tylko pani nie chce zrozumieć — rzekł z przyciskiem.
Stefcia odetchnęła w dorożce. On odgadł, zrozumiał to, czego się bała najwięcej, co już w niej istniało, a co chciała ukrywać nawet przed sobą.
Ogarniało, ją uczucie szczęścia, jakby błądziła wśród łąki, pełnej kwiecia, woni, szczęścia i błękitów. Wiedząc, że błądzi, nie szukała jednak innych dróg. Zaczarowany ogród kwitł przed nią, pachniał, pociągał i była pod jego urokiem. Z zamkniętemi oczyma, w upojeniu słuchała cudnej nuty, nie myśląc o całości harmonji, nie przewidując rozdżwięków, Dawniej lubiła życie, teraz kochała je. Rozwinęła się, jak biały kwiat, pod wpływem słońca, ciepło jego promieni wchłaniając w siebie. Często wstrząsał nią dreszcz, jakby wśród tej złotej pogody wionął na nią nagle nieprzyjemny prąd, dotknął i znikał, a złote promienie ogrzewały, błękit czarował. Oczy dziewczyny nabrały dziwnego blasku, stały się wymowne aż do zbytniej szczerości. Cała postać odzwierciedlała wewnętrzny stan duszy. Usta gorzały żywym koralem, jakieś namiętne drgania nieświadomie błądziły po nich, potęgując ich czar. Miała w sobie pewien niepokój, aby nie być odczutą i te obawy w połączeniu z rozpromienieniem oczu nadawały jej wygląd podniecony i śliczny.
— Stefcia! — wykrzyknął radośnie pan Rudecki, zrywając się na widok wchodzącej córki.
— Ojczuś!...
Po długich powitaniach, Stefcia wypytywała ojca o matkę, młodsze rodzeństwo, dom i sąsiadów. Pan Rudecki przyglądał się jej z uradowaniem, ale badawczo. Wreszcie rzekł:
— A jakże tam tobie, dzieweczko? Listy pisujesz wesołe. Dobrze ci?
Stefcia zarzuciła ręce na szyję ojca, kryjąc twarz.