Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Chłopak zerwał się, ale usiadł znowu i z milutkim uśmieszkiem wskazał ordynatowi miejsce przy sobie.
— Na rozkazy... ale pozwól, że nie stanę, bo nie mogę.
— Zwarjowałeś, Jurek!
— Jak Boga kocham, nie mogę! W głowie mi się trochę kręci. Mój drogi, jeżeli Świrko może spać, to już mnie choć na zawrót głowy pozwól.
— Jedź do domu.
— Ani myślę! Albo mi tu źle? Opowiem wam zaraz historję, którą sobie właśnie przypomniałem.
— Cóż to za historja — podchwycił Trestka.
Brochwicz rozparł się na kanapie.
— Znacie tego poliszynela? — spytał, kładąc ręce pod głowę i wyciągając nogi.
— Kogo mianowicie?...
— Barona Z.
— Ach! tego, co kupił brylanty aktorce?
— To wy już o tem wiecie?
— Ba! oddawna.
— Od paru dni — poprawił Waldemar — bo się to stało na wystawie. Dobrze jednak, że wśród nas baron Z. nie ma przyjaciół: za tytuł, jaki mu ofiarowałeś, mógłbyś wpaść w kabałę.
— Ktoby się tam za nim ujął. Ale jak to uważacie?
— Uważam, że mimo wszystko dobrześ go określił — rzekł Waldemar — baron popełnił głupstwo podwójne — raz, że kupił brylanty za bajeczną cenę i, nie znając się, przegalopował, a powtóre — nie było dla kogo.
— Przeciwnie — rzekł Żnin — szykowna facetka i piękna, jak odaliska... jak Wenus.
— Wenus w skórze prostej awanturnicy, ogródkowej szansonistki! słaby gust! — drwił Michorowski.
— Mój drogi! nie każdy może sobie pozwolić na królewny — rzekł Brochwicz.
— Cóż to znaczy?
— Nic... to, że baron Z. wolał szansonistkę, niż królewnę.
— Tyś już tęgo pijany! — powiedział ostro ordynat.
— Bo sami powiedzcie, czego napadacie na biednego barona za to, że mu się podobała taka właśnie a nie inna? — żalił się płaczliwym głosem Brochwicz.
— Sam go przecie nazwałeś poliszynelem.
— Brochwicz jest niepoczytalny — zawyrokował Trestka.
— Owszem, wiem, co mówię: baron swoim czynem....
— Dowiódł stopnia swego umysłowego rozwinięcia — dokończył Waldemar. — On ma rozmiękczenie mózgu, skompromitował kółko arystokracji, z której pochodzi. Przyjechał, porobił znajomości i raz, dwa, trzy — kupił brylanty pierwszej spotkanej baletniczce. Jedyną ma zasługę, że będą miały o czem rozprawiać tutejsze dewotki, mocno zgorszone jego czynem, o którym jednak wiedzą, jak o każdej nowinie.... A stanowią one tu osobną, dość liczną kolonję.
— Aaa! — ziewnął szeroko Brochwicz. — Waldy, teraz wszystko krytykujesz. Dawniej byłeś towarzyszem co się zowie... w Paryżu, pamiętasz? Teraz z ciebie filister.