Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na powitanie znajomych lub oddawał ukłony. Strojny zaprząg i strojna postać właściciela robiły wrażenie; na chodnikach rozlegały się pytania i odpowiedzi uświadomionych:
— Czyje to konie?... Kto to jedzie?...
— To z Głębowicz. Ordynat Michorowski.
— Ten magnat? On ma najwspanialszą stajnię na wystawie.
Waldemar jechał na kolej, gdzie miał spotkać dziadka i panie ze Słodkowic. Na dworcu była już panna Rita, Trestka i Wiluś. Ten gorączkowo chodził po peronie w oczekiwaniu pociągu.
Trestka żartował z niego, że opuścił kursa i tu przyjechał nie na wystawę, ale dla tego pociągu, jaki ma nadejść, i że z tęsknoty jest nieprzytomny.
Student odcinał się Trestce, jak umiał, lecz nie przeczył. Waldemar gryzł wąsy. Drażniło go to. Ale gdy po danym sygnale wyszedł na peron i zobaczył Wilusia, który stał na samym brzegu asfaltu, wychylony naprzód i wpatrzony w zbliżający się pociąg, nie wytrzymał i przechodząc koło niego, rzekł z pewną ironją:
— Szkoda, że pan z bukietem nie wystąpił.
Student spojrzał na niego żałośnie, spuścił oczy i poczerwieniał.
Pociąg wpadł pod hallę dworca. Waldemar szedł wolno i przeglądał okna pierwszej klasy. W jednem błysnęła twarzyczka Luci, potem ukazali się: pan Maciej i pani Idalja. Waldemar zaniepokojony wskoczył do środka, zanim jeszcze pociąg stanął, Stefcia, pochylona nad ławką zawiązywała jakąś paczkę. Ordynat szybko podszedł do niej, podali sobie ręce w milczeniu. Spojrzał głęboko w jej oczy i przycisnął do ust jej rękę. Stefcia oblała się rumieńcem, jak ogniem. Ten cichy hołd jego wstrząsnął nią. Lucia, widząc to, już się nie zdziwiła. Panna Rita, Trestka i Wiluś weszli równocześnie. Zaczęły się przywitania i głośna urywana rozmowa.
Niedługo potem po głównej ulicy toczyło się znowu lando ordynata, wiozące pana Macieja, baronową, Lucię i Wilusia Szeligę. W drugim powozie parokonnym, także z Głębowicz, jechała panna Rita ze Stefcią, Waldemar i Trestka. Rita mówiła:
— Wie pan? moje konie robią wenę. Pańskich nie prześcignęły, ale jednak są na wysokości...
— Moich koni, czy aspiracji pani?
— Złośliwy! Do pańskiej stajni jeszcze nie dorosłam.
— Zabawne zestawienie!
— A ja jestem szczęśliwy, żem żadnej szkapy nie przyprowadzał — rzekł krzykliwie Trestka.
— Tak, to zwiększa pańskie szanse — zauważył z uśmiechem Waldemar.
— Właśnie o to mi chodziło.
Panna Rita utkwiła w nich obu ostry wzrok, który jednak nie miał własności zabójczych, bo się panowie tylko uśmiechnęli, zamiast przestraszyć.
— O co to panu chodziło? i o jakich to szansach pan mówi, panie ordynacie?
Waldemar zrobił komicznie poważną minę.
— Ja mówiłem o wyścigu hipicznym, łaskawa pani sportsmenko.
— Jakto?