Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— I na wiązanie nakarmiłeś ją strachem — śmiała się baronowa.
Pan Maciej pochylił głowę. Niespodziewany przyjazd wnuka i jego słowa zaniepokoiły go. Pani Idalja podchwyciła:
— A propos chciałabym dziś zrobić jaką przyjemność Stefci, żeby ją trochę zabawić. Cóż tak na mnie patrzysz, Waldy?
W przechadzce swej zatrzymał się na środku pokoju i stał, patrząc ze zdumieniem na ciotkę.
— Co cię tak dziwi. Waldy? — powtórzyła.
— Troskliwość cioci względem panny Stefanji. Coś niesłychanego!
Mówił, wzruszając ramionami, ale widocznie zrobiły mu przyjemność słowa ciotki. Ożywił się znacznie.
— Tiens! ja ją bardzo lubię — mówiła baronowa. — Ona ma w sobie coś takiego, co mimowoli bierze. Miałam dziś prawdziwy kłopot, co jej ofiarować, no i wybrałam sześć tomów Heinego en luxe. Chyba dosyć, prawda?
— A czy wszystkie kartki były w tych tomach?
— Co ty pleciesz, Waldy?
— O nic! w ciocinych tomach to się zdarza periodycznie. Autorowie w postaci pojedynczych kartek wychodzą sobie na świat Boży, niby na willegjaturę. Sam widziałem kiedyś, jak się Bourget bił z Szekspirem na dywanach w buduarze cioci. Rochefoucanid, Dickens, Zola podróżują sobie razem pod konsole, kanapy, aż je lokaj w końcu pakuje do kosza i w przykładnej zgodzie idą na całopalenie.
Pan Maciej zaczął się śmiać, ale baronowa obraziła się.
— Zawsze jesteś nieznośny! — rzekła wstając.
Waldemar podskoczył i zatrzymał ją, mówiąc ze śmiechem:
— Ciociu, no już dobrze! Nie moja wina, że autorzy cioci są tak żywego temperamentu. Mniejsza o nich! Radźmy teraz nad rozrywką dla panny Stefanji.
— Radź sobie sam — rzekła nachmurzona.
Waldemar porwał ją wpół i okręcił parę razy w tempie walca.
— Voyons, Waldy, tu est fou! Co cię wprawiło w taki humor?
— Sześć tomów Heinego en luxe i ciocia... która jest dziś cudowna!
Pani Idalja śmiała się, ale jej ojciec sposępniał. Zrozumiał, czem nielubiona zwykle ciotka ujęła Waldemara. Siadano do stołu, gdy lokaj oznajmił pannę Ritę. Wbiegła roztrzpiotana, wesoła i, nie uważając na nikogo, rzuciła się do Stefci z życzeniami. Bez ceremonji ucałowała ją serdecznie.
— Całe snopy życzeń wiozłam dla pani — wołała wstrząsając rękoma Stefci.
— Ja myślałem, że pani przynajmniej z jakim anglikiem wystąpi? Co tam same życzenia! — żartował ordynat.
— A pan może swego Apolla ofiarował? — zagadnęła z komicznem zaciekawieniem.
— Ja? Cóż ja? — tłómaczył się, wzruszając ramionami.
— Nie ofiarował pan Apolla? To wstyd, panie!
— Apolla nie, ale cztery muzy miałam dziś w ręku — śmiała solenizantka.
— Które tak były zachwycone, że aż ponosiły.
— Niech pan nie żartuje.
— Jestem jak na sanskryckiem kazaniu — wołała Rita.
Stefcia opowiedziała jej przygodę rannego spaceru.