Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nowego uroku, co z wesołem ożywieniem tworzyło połączenie szczególne i śliczne.
W kościele zebrało się dużo okolicznej inteligencji, wiele osób z tych niższych sfer, z któremi Słodkowce nie zawierały bliższych stosunków. Wszyscy po zamianie ukłonów z panią Idaiją i Lucią spoglądali na nie z tem mimowolnem uszanowaniem, jakie nakazuje sobie starożytność rodu i wysokie stanowisko społeczne. Na innych wywierał wrażenie nawet wspaniały zaprzęg i mitry książęce na okularach koni i że panie te są mieszkankami pałacu.
Panny i młodzież patrzyły głównie na Stefcię, robiąc przytem rozmaite uwagi. Mężczyźni przypatrywali się jej urodzie i wszyscy musieli przyznać, że jest ładna, bardzo wytworna i zupełnie pałacowa. Panie zaczęły ją cicho krytykować; jeden z panów szepnął: „sznytowa dziewczyna“ i przymiotnik ten zyskał uznanie w kółku męskiem. Wiedzieli o Stefci, że jest córką zamożnego obywatela z Królestwa. Objaśniał ich Wiluś Szeliga, który w czasie wakacji włóczył się po okolicy. Ze słów jego odgadli, że student kochał się w pannie Rudeckiej, śledzono ją z tem większem zaciekawieniem. Przed samem rozpoczęciem sumy zrobił się ruch przed zakrystją i wszedł Waldemar.
Wrażenie wzrosło. Oderwane od Stefci spojrzenia spoczęły na ordynacie. Był on rzadkim gościem w tym kościele. Pani Idalja, na jego widok podniosła brwi, zdziwiona, Stefcia oblała się gwałtownym rumieńcem. Nieprzewidziane ujrzenie jego wstrząsnęło nią silnie. Od owego ranka, kiedy był dla niej tak chłodnym, nie widziała go wcale. Upłynął miesiąc, on nie przyjeżdżał. Teraz nagle zjawił się w kościele, w którym prawie nie bywał. Może przeczuł, że i one są tutaj?
Waldemar podszedł do stalli, powitał panie i zajął miejsce obok Stefci, siedzącej z brzegu.
Pani Idalja pochyliła głowę w tył i spytała szeptem:
— Waldy, czy jedziesz z Głębowicz?
— Nie, byłem w Słodkowcach — brzmiała odpowiedź.
— Tiens! — więc wiedziałeś, że tu jesteśmy?
— Wiedziałem.
— Dobrze zrobiłeś, Waldy! — wtrąciła szeptem Lucia.
Waldemar wyprostował się i teraz dopiero zauważył pełne ławki naprzeciw. Na gęste ukłony odpowiedział długiem skinieniem głowy. Do Stefci nie mówił nic; parę razy spojrzał bokiem na jej ładny profil, schylony nad książką i żywe kolory na twarzy. Wiedział, że on je wywołał, spostrzegł wrażenie, jakie zrobił na niej wejściem do kościoła. Był zadowolony i podniecony, czuł dziwną ulgę, że ją ma przy sobie. Z rozkoszą śledził każde jej poruszenie i oddech; nie patrząc, wiedział, jak ubrana.
I wszystko mu się podobało, wszystko miało dla niego urok. Po dłuższem niewidzeniu znalazł ją jeszcze ładniejszą i bardziej upragnioną. Zaczynał ją po swojemu analizować, ale prędko spostrzegł, że wobec niej na nic się to nie zdało, i uległ wrażeniu.
A Stefcia dopiero teraz odczuła, że, pomimo starań, nie zdołała o nim zapomnieć, że ta nieokreślona tęsknota, jakiej nie mogła zrozumieć, była za nim.
Świadomość tego sprawiała jej ból i nieznaną rozkosz.
Słowa modlitwy mieszała z myślami, nic nie odczuwając silniej nad to, że on siedzi obok, że po miesiącu rozłączenia znowu są razem i tak