Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Zobaczysz pan coś podobnego do sławnych polowań głebowickich — mówił książę Podhorecki do barona. — Ordynat ma pyszne leśniczówki, ale co za knieje. Powiadam panu, zwierzyna na tysiące się liczy.
Obiad trwał długo. Pomysł Waldemara okazał się doskonałym, wesołość panowała niezmącona. Nietylko młodzież, ale nawet pani Idalja i hrabina Ćwilecka wyszły ze swej majestatycznej oprawy, były wesołe i naturalniejsze, niż zwykle. Waldemar celował w dowcipnej rozmowie, Trestka najgłośniej krzyczał. Wznoszono toasty, przy których straż leśna wykonywała huczne fanfary na trąbach. Orkiestra w przerwach między toastami grała ciągle i las brzmiał gwarem, roznosząc echo zabawy aż na fale rzeki złoconej słońcem.
Stefcia z początku była trochę sztywna: praktykanci Waldemara przypomnieli jej Prątnickiego i minione przykrości. Ale Wiluś Szeliga, prowadząc ją do obiadu, prędko rozproszył niemiłe wspomnienia. Przytem ci panowie w niczem osobiście nie mogli przypominać Prątnickiego: mieli bledszą urodę, ale klasyczniejsze obejście i zupełnie zastosowane do towarzystwa. Stefcia z przyjemnością zauważyła, że Waldemar jest z nimi swobodny i wesoły, jak z Wilusiem lub Trestką, bez różnicy, co sprawiało, że i oni zwracali się do ordynata z uszanowaniem, lecz bez cienia uniżoności. Stosunek ten, prawie przyjacielski, pomiędzy zwierzchnikiem i podwładnymi akcentował poglądy Waldemara dalekie od przesądów jego sfery. Stefcia zauważyła jeszcze coś innego, co ją dziwiło i gniewało. Widziała, że jest przedmiotem cichej uwagi całej służby. Począwszy od kamerdynera i łowczego, wszyscy przyglądali się jej badawczo i z szacunkiem, obsługiwano ją uprzedzająco, a gdy Waldemar wzniósł jej zdrowie, fanfara na trąbach zagrzmiała głośniej z wyraźnem staraniem. Praktykanci spoglądali na nią, jak ludzie dobrze wychowani, bez natarczywości, ale ciekawie, przenosząc wzrok z niej na ordynata. Stefcię to zaniepokoiło, już zaczynała tracić swobodę.
Wyjaśnienie nastąpiło niebawem.
Waldemar, obnosząc wino, podszedł do niej. Odsunęła kieliszek.
— Ja już dziękuję.
Pochylił się nad nią i szepnął z uśmiechem:
— Teraz wzniosę toast na cześć młodości i szczęścia, uosobienia pani. Taki toast wypić trzeba do dna.
— Dobrze, ale nie chcę być uosobieniem nietrzeźwości — rzekła sucho.
— Umie się pani bronić od tego — powiedział porywczo i odszedł ze zmarszczoną brwią.
Wiluś siedzący obok, rzekł do niej z ciekawą miną:
— Czy pani wie, za kogo ją tu niektórzy biorą w Głębowiczach?
— Za kogo? — spytała zdziwiona.
— Za hrabiankę Barską, domniemaną narzeczoną ordynata.
— Taaak!?
Stefcia zesztywniała. Przypomniał jej się tytuł nadany przez kamerdynera w zamku. To tłomaczyło zachowanie się służby.
Przeszedł ją leciuchny dreszcz, ognie uderzyły do głowy. Powtarzała w myśli:
— Hrabianka Barska... narzeczona ordynata. Nigdy o niej nie słyszałam. Jaka ona jest? jak wygląda?.