Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Żal mi ludzi, którzy się tak strasznie męczą, tak cierpią.
— O tak! żal zawiedzionej nadzieji i największego bogactwa na świecie — uczuć.
— Pan to pojmuje? — spytała Stefcia.
Zmarszczył brwi.
— A pani wątpi?
— Myślałam, że... w pańskiej sferze nie nazywa się miłości bogactwem... że się jej nie ceni...
— Jednak dziadek Maciej cenił i pojmował miłość i moja babka również.
— I oboje zmarnowali ją — dokończyła Stefcia.
— To znowu co innego. Brakło im sił do zbudowania dla swej miłości odpowiednich podstaw. Nie umieli ustawić jej na takim piedestale, z którego nikt strącićby jej nie potrafił. Niech pani wierzy jednak, że są wśród nas inni, o! być może gorsi od dziadka pod każdym względem, ale więcej energiczni, nawet uparci. Gdy ci zechcą dopiąć celu złamią wszystko, pójdą przebojem, ale dopną go. Do takich ja się zaliczam. Mam tysiące wad, lecz posiadam niezłomną odporność na wszelkie złe siły. Przytem, jak wszyscy Michorowscy, jestem trochę egoistą, więc szczęścia nie pozwoliłbym sobie wydrzeć za nic i nikomu. Zgnieśćby mnie nie zdołali: jabym zgniótł tych, coby się ważyli stanąć ze mną do podobnej walki. Nie zastraszyłaby mnie groza wydziedziczenia, ani przekleństwo. Jestem bezwzględny, dobrze! ale czuję w sobie potrzebę szczęścia innego, niż posiadam, i gdybym do niego dążył, nikt nie śmiałby stawić mi zapory!
Ordynat mówił z pałającemi oczyma, z rozdętemi nozdrzami i zmarszczoną brwią. Jego szare źrenice zdawały się wtórować słowom, piła od nich wielka siła temperamentu, energja i wola, nie znająca dla siebie żadnych granic.
Stefcia z odrzuconą głową i rozchylonemi nieco ustami wpatrywała się z podziwem w jego męskie, wyraziste rysy. Imponował jej. Czuła, że to, co mówi, jest zaledwie cząstką tego, co potrafi. Przeciwności mogą się o niego odbijać, jak o skałę. Przeszedł ją instynktownie dreszcz, mimowoli odsunęła się lekko.
On ochłonął, popatrzał na nią i, ubawiony wyrazem jej twarzy, powiedział z uśmiechem:
— Pani boji się mnie. Czyż jestem taki straszny? Mogę zresztą nim być, ale nie dla pani. Trochę mnie pani dotknęła zapytaniem, czy pojmuję głębię uczuć, — odpowiem z szorstką otwartością: nie pojmowałem, lecz... zaczynam pojmować!...
Stefcia wstała, zwróciła się do swego towarzysza i rzekła prędko:
— Dziękuję panu za opowiedzenie mi tej smutnej historji. Chodźmy już... Okropnie długo siedzieliśmy... w tej feudalnej sali.
— Podziękowania nie poprze uściśnienie ręki? — spytał wyciągają dłoń.
Żywym ruchem podała mu swoją.
Ujął ją silnie, pochylił się i przycisnął do niej gorące usta. Stefcia zdrętwiała, płomienie uderzyły jej na twarz, w głowie zaszumiało wirem. Pocałunek ten palił ją, czuła na sobie oczy Waldemara.
Prędko wyrwała rękę, podążając w stronę drzwi. Chciała uciec z tej sali i z pod jego wzroku.
On szedł za nią.