Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/078

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Chyba nie — odparł pan Ksawery. — Pojechały do Obronnego, tam zawsze nocują.
— Szkoda.
— Dlaczego pan tak żałuje? Niema pan przecie osobistego interesu do żadnej z pań?
— Owszem, mam bardzo pilny.
— Ciekawym jaki, bardzom ciekaw — rzekł pan Ksawery, patrząc na praktykanta żartobliwie.
Edmund odczuł cień lekkiej ironji w głosie rezydenta i pomyślał:
— A temu, co się dzisiaj stało?
— Więc jakiż to interes? — powtórzył pan Ksawery.
Staruszek, zjadłszy ogromnie dużo, był w bardzo dobrem usposobieniu.
Prątnicki pokręcił głową.
O, tego nie mogę powiedzieć nikomu.
— Aż tak! Ho, ho! A o którąż z pań tu chodzi, jeżeli wolno choć oto zapytać?
— Mam osobisty interes do swego ideału — rzekł z zagadkowym uśmiechem zapytany.
— A nie będę niedyskretny, jeżeli zapytam, jakiej natury jest ten interes?
— Pan zbytnio ciekawy! Przypuśćmy, że pragnę jej opowiedzieć o  mej tęsknocie i ujrzeć rumieniec na jej buzi.
Waldemar mimowoli słyszał wszystko. Wzburzony, chciał wstać i  wyrzucić za drzwi Prątnickiego. Ale opanował się, może pod wpływem błagalnego spojrzenia pana Macieja.
— Jaki pan pewny tego rumieńca! — zauważył pan Ksawery. — A gdyby panu nie udało się go wywołać?
— Pan wątpi? Panienki zawsze łase na słodkie słówka i mają rumieńce na zawołanie. Zwłaszcza Stefa do rumieńców skłonna. Już ja ją znam...
Tu Edmund spostrzegł, że posunął się za daleko, więc umilkł.
Ale ordynat nie mógł dłużej panować nad sobą. Skruszył w palcach cygaro, zasypując nim obrus, i gwałtownie powstał. Przeprosił pana Macieja i wyszedł z sali.
Stary Michorowski powiedział dobranoc obu panom, coś do nich przemówił i wyszedł. Prątnicki, niemile tknięty, stracił humor, a stary rezydent, podając mu rękę, pomyślał:
— Czy nie przegalopowałeś, kawalerze?
Waldemar biegał po swym gabinecie, chcąc się uspokoić. Po godzinie rozkazał Jacentemu prosić Edmunda. Ordynat siedział przy biurku z miną spokojną i obojętną, tak że praktykant, nie widząc niezadowolenia na jego twarzy, odzyskał swobodę.
— Czem mogę służyć? — spytał, podchodząc elastycznie do biurka
Waldemar wskazał mu krzesło.
— Proszę, niech pan siada. Chcę z panem pomówić.
Młody człowiek zmieszał się i usiadł w milczeniu.
— Właściwie — rzekł Waldemar — mam wyrazić panu mój zamiar, który powziąłem od pewnego czasu — zamiar dotyczący pana.
— Mnie?