Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/077

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


huczał niezliczoną ilością głosów ptasich. Krzyczały makolągwy, gwizdały wilgi, świstał kos, gruchała synogarlica. Niżej, na gałęziach, kłóciły się z sobą liczne zastępy, całe pospólstwo wróbli, infanterja armji ptasiej.
Waldemar Michorowski zatrzymał się w swym spacerze po krętej uliczce nad wodą. Nagle po przez zielone sklepienie drzew prysnął gorący promyk słoneczny, zamigotał dokoła niego, zadrgał w jego stalowych źrenicach i krwawą kroplą rozbłysł na rubinie szpilki w krawacie. Waldemar spojrzał w górę.
— Szczególny promień. Ukłół mnie, jak igłą. Gdybym był zabobonny... Ach, cóż znowu!...
Podszedł dalej. Dziwił się, że nie może zebrać myśli; rwały się. nasuwając wciąż jedno pytanie.
— Dlaczego jestem taki wrażliwy? Co znaczy ten objaw? Jakiś promyk rozświetlił mnie, jak ten przed chwilą spadły ze słońca... Promyk! Czy ona może być promykiem? Jest również słoneczna, czy jednak równie gorąca?
Zaśmiał się ironicznie.
— Może była, ale ostygła, wyczerpana ogrzewaniem kogo innego.
W wyobraźni mignęły mu postacie Stefci i Prątnickiego. Wzruszył ramionami i rzekł prawie głośno ze śmiechem:
— Ogromnie głupi jestem! Cóż promyk? Skoro jest słoneczny — ogrzać się nim. Po co te rozważania bezcelowe?
Spojrzał na jezioro.
— Naprzykład te mewy — myślał — pławiąc się w blaskach i biorą na swe skrzydła tyle tęczy, ile się zmieści. Jaki one mają rozum!... Nie należy omijać żadnego promyka, kraść każdą tęczę bezwzględnie — oto jest umiejętność korzystania z życia. Na rozpatrywaniu wszystkiego, badaniu szczegółów marnuje się tylko bezowocnie czas i w rezultacie nie otrzymuje się wyników, bo przedmiot powszednieje, przestaje budzić zajęcie.
— Czy to prawda, czy paradoks? — zastanowił się.
— Więc chcę, aby była prawda. Mogę sobie na to pozwolić.
Za jeziorem, na drodze, obramowanej murem zboża, ujrzał sunące prędko łby i grzbiety końskie, oraz górny kontur żółtego amerykana. Siedziały w nim dwie ciemne sylwetki, odrzynające się wypukło na tle złotego łanu pszenicy.
Waldemar patrzał chwilę, wreszcie wybuchnął śmiechem:
— O! tam jedzie promienisty! — zawołał wesoło i zawrócił do pałacu.
Kolację spożyto w milczeniu, pan Maciej był apatyczny, Waldemar zimny, Prątnicki niespokojny.
Edmund nie spodziewał się zastać ordynata. Zmieszał się podwójnie, gdy mu powiedziano o wyjeździe pań. Czuł się zazwyczaj swobodniejszym wobec pani Elzonowskiej i Luci. Wszedłszy do sali jadalnej zauważył sztywność obu panów, postanowił więc nadrabiać miną. Opowiadał wesoło o bytności swej w składzie narzędzi rolniczych. Dowcipnie krytykował firmę i panów, z którymi tam rozmawiał. Ale spostrzegł, że opowiadanie jego nie robi wrażenia na obu Michorowskich i zaczął mówić głównie do pana Ksawerego. Zniżonym głosem spytał starego rezydenta:
— Czy panie dziś nie wrócą?