Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/074

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pani Idalja powstała z krzesła szarpiąc nerwowo rękawiczki.
— Skandal! — wołała do siebie. — Ja dysponuję konie, a mnie powiadają, ze koni niema? On za wiele sobie pozwala. Waldy go rozzuchwalił. To do niczego niepodobne. Voilá qu’il est ridicule!...
Wzburzenie jej rosło.
Tymczasem przed stajnią zebrała się narada. Jacenty, Benedykt i kilku stajennych mieli miny zakłopotane. Szukali rządcy, ale Klecz wyruszył w pole.
Nie było rady, trzeba iść do pałacu.
Gdy Benedykt z Jacentym weszli w obręb dziedzińca, stangret drętwiał z przestrachu.
Dokoła gazonu pokojowiec oprowadzał karego wierzchowca z Głęoowicz. Przyjechał ordynat...
— No! — zawołał Benedykt — jaśnie pan zawsze przyjeżdża wtedy, jak go się nikt nie spodziewa, ale dziś to już trafił!
Waldemar zastał ciotkę bardzo rozgniewaną. Ledwo raczyła się z nim przywitać.
— Co się stało? — spytał ździwiony.
— Widzę, że ten twój protegowany ma tu więcej prawa odemnie. A! tego się nie spodziewałam.
Waldemar słuchał spokojnie, chodząc po pokoju. Gdy skończyła parsknął śmiechem.
— Mój protegowany! Paradna jest ciocia. Nie wiem, kto go dotychczas protegował więcej. Z pewnością nie ja.
— Jednak się teraz śmiejesz. Nie obeszło cię to ani trochę.
— Przeciwnie jestem zachwycony tym wypadkiem.
— Yoyons! jest bardzo uprzejmy.
— Ależ, ciociu, państwo oboje wyrządziliście mi wielką przysługę: ciocia, że dziś chciała jechać, a ten pan, że właśnie dziś pojechał.
— Nie rozumiem cię.
— Moja ciociu, nie ulega wątpliwości, że ten pan zdobywa tu sobie jakieś prawa, ale to wina cioci — nie moja.
— Powtarzam, że nie rozumiem cię — przerwała pani Idalja, wzruszając ramionami.
— Ciocia widzi jego zabiegi około Luci? Tak czy nie?
— Odbiegasz od przedmiotu.
— Właśnie do niego dążę. Niech mi ciocia odpowie.
— Asystuje Luci. Więc cóż z tego?
— Ale ciocia to widzi i pozwala na to.
Pani Idalja zerwała się z krzesła.
— Ach! mój drogi, nie widzę w tem nic złego, że z sobą flirtują. Cóż to szkodzi?
Sądzę, że dla Luci jeszcze taki flirt zbyteczny — rzekł Waldemar chłodno.
— Przeciwnie. Lucia ma szesnaście lat, niech się wprawia. Dla dziewczyny w tym wieku to nawet konieczne.
— Czyby i to było koniecznem, gdyby się zakochała?
— Chociażby! — W Prątnickim może się nawet kochać.
Waldemar spojrzał na nią, nie wierząc własnym uszom.
— Za pozwoleniem. Co znaczy ten dodatek „nawet“ i wogóle to w „Prątnickim“?
— Sądzę, że rozumiesz.