Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/069

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Wszystko jedno — rzucił zły.
Uderzył szpicrózgą po gałęzi, aż grad liści posypał się pod nogi, i cisnął jakieś przekleństwo.
— Co zamierzasz czynić? — spytać pan Maciej.
— Czekać pierwszej sposobności i tego gagatka wyprawić.
— Drażliwa materja. Gdyby był płatny, zapłaciłbyś mu za cały rok i skończone, ale tak!
— Zaproponuję mu przeniesienie się do Głębowicz, lecz w ten sposób, że powinien zrozumieć, czego chcę.
— A jeśli się zgodzi?
— O to jestem spokojny! Zresztą innego sposobu nie widzę bez narażenia jej... Stefci...
Pan Maciej spojrzał na niego ukradkiem.
— Jak on się o niej wyraża! — pomyślał.
Wszedłszy do pałacu, Waldemar kazał podawać samochód, sam zaś zeszedł na dół do parterowego salonu, blisko pokoju Stefci. Mrok zapadał szybko, salon ginął w szarych barwach wieczornych, gdzieniegdzie połyskując złoceniami ram i kryształem pająków.
Ordynat spojrzał na zegarek i zadzwonił.
Nadbiegł młody pokojowiec.
— Niech tu przyjdzie Jacenty — rzekł Waldemar.
— Światła i pospuszczać story! — rzucił krótko kamerdynerowi.
Jacenty spełnił polecenie i chciał odejść.
— Czekaj! — zawołał ordynat. — Idź do panny Stefanji i oświadcz, że pragnę się pożegnać.
Jacenty wyszedł.
Ordynat zaczął chodzić po salonie. Po chwili weszła Stefcia. Na twarzy miała silne rumieńce.
Waldemar pospieszył ku niej.
— Chciałem się z panią pożegnać. Zaraz jadę.
— Jak to? Nie zaczeka pan na kolację?
— Nie, pani, spieszę do domu.
— Otrzymał pan jaką złą wiadomość?
— Dlaczego pani o to pyta?
— Bo widzę, że pan zirytowany.
— Ach tak! pani to zauważyła? Jestem nawet wściekle zły, lecz nie z powodu wieści z Głębowicz. Rozmawiałem z dziadkiem, opowiedział mi wszystko...
Mgła przesłoniła oczy dziewczyny. Niezmierna przykrość odbiła się na jej twarzy.
Była chwila kłopotliwego milczenia.
— Więc nie zostaje pan? Zatem do widzenia — rzekła Stefcia wyciągając rękę.
Waldemar ścisnął ją w swej dłoni i nie puszczając, rzekł dziwnie miękko:
— Niech pani będzie spokojna. Domyślałem się wiele, teraz wiem wszystko: dołożę wszelkich starań, aby się pani więcej nie męczyła.
— Dziękuję panu. Tu głównie chodzi o Lucię.
— Najwięcej o panią. Tamto dzieciństwo prędko przeminie bez poważniejszych następstw. Niech pani nie bierze tego tak tragicznie. Swoją drogą dołożę starań, aby w Słodkowcach zapanowała dawna swoboda.