Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/037

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Popieram prośbę pana Waldemara. Stanowczo nam pani coś zagra. Ja, niestety, nie grywam, lecz pasjami lubię muzykę.
— Owszem, pani, ale trochę później.
— Tak, zbyt jest głośno, a muzyka lubi ciszę.
— Bo łatwiej wówczas odnajduje nerwy i gra na nich — dodał Waldemar.
Kamerdyner zapalił lampy. Panna Rita stanęła w oknie, patrząc na wąski świetlano-złoty pasek wschodzącego księżyca. Na tle szarych barw wieczornego nieba pięknie wyglądała czarna wstęga lasu z tym odłamkiem złota, strojącym czuby drzew, jak błyszczący ryngraf na piersi zakutego w ciężką zbroję rycerza.
Panna Rita zachwycała się głośno. Stefcia i parę osób jeszcze podeszło do okna. Waldemar wezwany przez Lucię, poszedł do sali jadalnej, gdyż pani Elzonowska chciała go widzieć.




VI.

Duży stół, przykryty obrusem holenderskim, z wytkanym na środku herbem Michorowskich, zastawiony był do kolacji. Po brzegach stały talerze z pysznej porcelany, malowanej w nikłe wzory, jak żołnierze w galowych mundurach. Obok na podstawkach spoczywały z godnością srebrne noże, widelce i wydatne kształty łyżek deserowych. Po drugiej stronie sterczały sztywne serwety, niby budki szyldwachów, z ciemniejszymi plasterkami chleba wewnątrz. Kryształowe kosze z owocami, szklanki, kieliszki, parę wspaniałych bukietów uzupełniało zastawę. Przy każdem nakryciu leżały wiązanki kwiatów. Kwiaty, rozrzucone po stole nadawały mu wygląd majowy.
Kamerdyner Jacenty i młodsi lokaje w czarnych frakach, zdobnych w złote guzy, z ponsowemi kamizelkami, oraz lokaj księżnej Podhoreckiej w żółtej kurtce liberyjnej krzątali się pomiędzy głównym stołem a kredensem i bocznym stolikiem, gdzie stały kompoty.
Na ścianach świeciły białe kule lamp, nad stołem zwieszony bronzowy żyrandol, promieniejący ognikami kryształowych sopli, lał światło na srebra i kryształy. Kwiaty w tej powodzi, nabierając życia, pachniały odurzająco.
Do sali weszła pani Idalja z ordynatem i rzekła do niego po francusku:
— Pierwsze miejsce zajmą księżna z ojcem, który ją poprowadzi. Reszta osób niech się sama dobiera. To nie obiad proszony. Może być swoboda. Ale ty, Waldy, powinieneś podać ramię Ćwileckiej. W takim razie jej mąż mnie poprowadzi.
Waldemar, niezmiernie wesoły, odrzekł:
— Czyli że dla mnie przeznacza ciocia kopalnię djamentów. Zamieniłbym ją z ochotą na jedną tylko perłę...
— Nie żartuj. Wiem, o kim mówisz... Dziwię się, że cię tak zajmuje ta dziewczyna.
Waldemar ściągnął brwi.
— Myślałby kto, że ciocia mówi o swej pannie służącej. Panna Stefanja nie jest z tych, które można zbałamucić — odparł podrażniony.
— Ale po takiem wystąpieniu, jak twoje dzisiejsze, może myśleć, że jest czemś nadzwyczajnem. Moja prezentacja wystarczała. Twój wyskok był zbyteczny.