Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/023

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wysokie czoło starego magnata zmarszczyło się, spuścił głowę i westchnął ciężko. Słowa wnuka wywołały w jego duszy niepokojący szept. Coś w sumieniu cichutko się odezwało, jakaś mała komórka wspomnień, pokryta pleśnią, drgnęła, sprawiając ból. Tę smutną chwilę życia możnaby wytłomaczyć młodością, ale pan Maciej nie należał do ludzi, co dla załagodzenia własnych błędów wynajdą powody i, stawiając je przed sobą jak barykady, żyją spokojnie.
Siedział zamyślony, milczący, aż zwrócił uwagę Waldemara.
Ordynat przystanął obok dziadka i, zaglądając mu w twarz, zapytał z uśmiechem:
— O czem dziadzio tak marzy?? wolno wiedzieć? Słowiki wprawdzie do tego usposabiają, bo naprzykład ja nie jestem romantykiem, a słucham tych ćwierkań z przyjemnością. Gdyby nie perspektywa kolacji w towarzystwie cioci, zostałbym na noc, ale ta myśl odbiera mi humor i apetyt.
— Bo też zostań! Co tam Idalka! Pogodzicie się z sobą.
— Nie, wolę jechać. Wszyscy mnie dziś zmęczyli, nawet i ta makolągwa, ta królewna przebrana za pasterkę.
— Co za makolągwa? Jaka pasterka?
— A no ta — panna Stenia...
Pan Maciej drgnął.
— Stenia? Co ty mówisz, Waldemarze?
Ordynat spojrzał zdziwiony.
— Mówię o pannie Stefanji Rudeckiej. Dziadzio ją przecie tak nazywa.
— Ach ta!... Istotnie tak ją nazywam, bo to ładnie. Ale czemże ona ci dokuczyła? Ty raczej męczysz ją zawsze i dziś także.
Waldemar zaśmiał się głośno.
— Och! nie zmęczę jej, to ostrodzioba!
— Jednak źle robisz, Waldy, że ją drażnisz. Miłe to i bardzo dobre dziecko. Jest z dobrej rodziny i wiesz przecie, w jakich warunkach została nauczycielką. Pracuje pilnie, choć to nie jej fach właściwy. Trzeba to ocenić. Po co jej robić przykrości.
— A cóż, kochany dziadzio, jeszcze jedna cecha naszej sfery: robić sobie zabawkę z takich istot zabłąkanych wśród nas, mieć ją za przedmiot żartów, ostrzyć na nich dowcip.
Pan Maciej popatrzył na wnuka z obawą.
— Wątpię, żebyś tak mówił na serjo.
— Owszem, zupełnie serjo mówię. Także jeden klejnot z drogocennego skarbca naszych przymiotów.
— Waldy, co tobie dziś jest?
— Jestem wyjątkowo prawdomówny.
— Jesteś tylko rozgoryczony i skutkiem tego niesprawiedliwy nawet dla siebie. Niezdolnym byłbyś do zabawy, o jakiej wspominasz.
— Być może. Zresztą wszystko mi jedno.
— Więc czemu tak postępujesz?
Waldemar podniósł rękę do góry.
— Dla tradycji, kochany dziadku!
— Ech! zawsze kpisz.
— Więc powiem prawdę. Ja jej nie cierpię!
— Kogo? Panny Steni?
— Tak, jej we własnej osobie.