Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/022

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Waldemar usiadł i pochylony do pana Macieja rzekł, poważnie biorąc go za rękę:
— Dziadziu, proszę być szczerym: czy dziadzio to mówi pod wpływem ciotki, czy z własnej niechęci, aby ten praktykant przebywał z nami? Jeśli dziadzio sam tego nie życzy, jeśliby mu to sprawiło przykrość, proszę mówić otwarcie. Cofnę umowę z tym panem i rzecz skończona. Tobie, dziadziu, nie chcę przyczyniać przykrości.
Pan Madej objął wnuka, ucałował go serdecznie i rzekł:
— Jesteś Waldy, bardzo kochanym chłopcem. Dziękuję ci za troskliwość. Będę szczerym: ten pan nie sprawi mi najmniejszej przykrości, owszem lubię towarzystwo młodych. Zresztą wiem, że nie przyjmujesz człowieka bez wychowania, bo ci na to nie pozwoli twój własny smak, dobry wytworny gust. Ja nic nie mam przeciw temu, nawet podzielam twe zdanie. My powinniśmy cywilizować, wszczepiać dobrą rasę w mniej rasowych, podnosić kulturę, — a skoro jesteśmy do tego zdolni i powołani, nie możemy się usuwać, to nasz obowiązek jako przewodników w społeczeństwie. Hrabia S. nie skorzystałby u nas, a ten z pobytu w naszem gronie może wynieść dużo atomów, które z czasem mogą być dla niego pożytkiem, upiększeniem w życiu, za co pozostanie nam wdzięczny.
Waldemar wiedział, że dziadek, mimo trzeźwości i rozsądku, był zagorzałym fanatykiem własnej sfery i cześć dla niej posuwał aż do fetyszyzmu. Wyobrażał sobie, że arystokracja jest batutą w ręku Boga; że kieruje rasą ludzi niżej umieszczonych, orkiestrą ludzkich wrażeń; że nadaje im odpowiednie hasło, każe tłumom patrzeć na siebie, zmusza do kierowania się śladem jej ruchów.
Jednej wady nie mógł pan Maciej darować swej fikcyjnej batucie, to jest zamiłowania do cudzych farb, co ją czyniło podobną do maskaradowej pstrokacizny, zakrywającej właściwy grunt.
Na wzmiankę pana Macieja, że, obcując z nimi, ludzie innych sfer mogą korzystać wiele, Waldemar zawołał z humorem:
— A tak, skorzysta, będzie nam wdzięczny. Po co ma nabywać atomami? Może przejąć gremjalnie nerwy i kwasy ciotki, jej wytworne i dystyngowane minki. Nauczy się makaronizować, uważać zagranicę za wyrocznię, dowie się, że człowiek, który szanuje swą godność, powinien uważać literę „r“ za barbarzyński zabytek w alfabecie; wreszcie przekonamy go, że można być skazanym na utratę czci i honoru nietylko po spełnieniu podłości, ale i za... dobieranie drugi raz z pół miska. Wspaniałe nabytki cywilizacji, in summo gradu!
Pan Maciej, zarażony żartobliwym głosem wnuka, śmiał się również. Wszystkie punkta, wyszydzane przez Waldemara, raziły go w córce. Zgadzał się z nią jedynie w bałwochwalczej czci dla arystokracji, lecz i te pojmował inaczej.
— Mój chłopcze — rzekł z uśmiechem — mówiłeś tylko o Idalce, a czemże ją cywilizowaćbym potrafił?
— Och! dziadzio wywołuje komplimenty. Gdybyśmy byli wszyscy do dziadzia podobni i do babci Podhoreckiej, sądziłbym o nas inaczej. Wówczas może stałbym się kapłanem, składającym ofiary na ołtarzu naszej sfery. Śpiewałbym na naszą cześć hejnały i byłbym pionierem naszych czcigodnych haseł, ultrahumanitarmych zasad, wyborowej etyki. Lecz ponieważ u innych nie widzę nic podobnego, więc nie śpiewam wraz z ciotką hymnów pochwalnych.