Strona:PL Milton - Raj utracony.djvu/82

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Niebios mieszkance, zrodzonej w Niebiosach,
Tu konającej wiecznie i męczonej
Groźbą i wyciem własnego pomiotu,
Co jelitami mojemi się karmi?
Tyś moim ojcem, ty mi dałeś życie,
Komuż posłuszną mam być, jak nie tobie?
Za kim pójść? Ty mnie niebawem przeniesiesz
Do tego świata blasku i błogości,
Między te bogi, co żyją rozkosznie;
Tam chcę panować po twojej prawicy,
Bujno, jak córce twojej się należy,
I nieskończenie.« To rzekłszy od boku
Wzięła fatalny klucz, smutne narzędzie
Niedoli naszej, podeszła ku bramie,
Wlokąc za sobą ogon bestyalski,
Z łatwością bronę podniosła olbrzymią,
Którejby wszystkie piekielne potęgi
Ruszyć nie mogły; klucz w zamku obraca,
Wnet wszystkie czopy i rygle potężne
Z żelaza, z twardej skały, lekko spadły,
Z trzaskiem na rozcież odskoczyły wrota
Piekielne, z zawias grzmot się rozległ srogi,
I wstrząsł najgłębsze posady Erebu:
Otwarła, zamknąć nie było w jej mocy.
Stała na rozcież brama tak szeroko,
Że rozwiniętym frontem, z chorągwiami,
Z końmi, z wozami mogło przez nią wojsko
Przemaszerować. Obszerną czeluścią
Obficie buchnął dym i płomień skrzący;
Przed ich oczami nagle się zjawiła