Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Ryngraf.djvu/15

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    go wieki i myślał z rozpaczą, że do piekieł chyba zejdzie... Kurz i pot pokryły mu ranę na twarzy, piekła ogniem, ręce mdlały, a ust spalonych nie mógł zamknąć, języka zeschłego poruszyć. Chwilami bezbrzeżna rozpacz go ogarniała na myśl, że padnie i skona — nadaremnie. Chrapał, jak zdławiony. A Stach nie jak ołów już mu ciężył, ale jak góra, jak całe Pireneje!
    Wtem ścieżka zwróciła się raptownie na lewo i głuchy okrzyk wydarł się z gardła Konstantego. Przed nim o kilkaset kroków, wśród winnic i kasztanów, leżała spora osada. Ścieżka biegła między winnice i dobiegała domów. Nad domami wznosiła się wieża kościoła.
    Zataczając się, jak pijany, dobywając resztki sił, młody oficer dowlókł się do pierwszego domu i padł na rozpalone kamienie z głuchym jękiem.
    Na galeryi nad nim rozległ się okrzyk trwogi.
    Oprzytomniał i podniósł oczy.
    Ujrzał utkwione w siebie ostre, świdrujące oczy starego hiszpana i obok czarne również, ale nad wyraz piękne źrenice młodziutkiej dziewczyny. Chciał coś powiedzieć, ale nie dobył głosu, więc tylko powstając, pokazał ranę leżącego i ruchem o wodę błagał. Hisz-