Przejdź do zawartości

Strona:PL Lord Lister -93- Żółty proszek.pdf/7

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

Fowler trzymał w ręku książkę, lecz nie czytał jej. Spoglądał swymi szarymi oczami w głąb pokoju, jak gdyby jakiś szczegół przykuł do siebie jego uwagę. Na dźwięk zegara, wybijającego godzinę, ocknął się. Dwunasta!...
Wielki dom zaległa cisza. Od czasu do czasu słychać było odgłos przejeżdżającego auta. Przez otwarte okno przenikał do pokoju daleki szum Broadwayu...
Fowler odłożył książkę, podniósł się z fotelu i zbliżył do drzwi... Zdawał się nadsłuchiwać przez chwilę, po czym przekręcił klucz w zamku. Zasunął grube rolety i przeszedł do sąsiedniego pokoju. Była to sypialnia umeblowana w stylu Ludwika XIV. Fowler wyjął z szafy fioletowe domino i włożył je na siebie. Następnie, nie gasząc światła, wyszedł na korytarz... Rozejrzał się dokoła... W całym pałacu panowała cisza. Fowler przebiegł kilka kroków, przesuwając się bezszelestnie w swych pantoflach na filcowych podeszwach... Zatrzymał się przed drzwiami, wiodącymi do biblioteki, otworzył je i wszedł do środka.
Był to pokój stosunkowo niewielki. Ściany jego zastawione były półkami, pełnymi książek.
Fowler zamknął za sobą drzwi na klucz, zapalił światło i zasunął rolety u okien, które wychodziły na ogród zimowy. Ostrożnie począł wodzić ręką po ścianie jednej z półek. Ręka jego trafiła wreszcie na maleńki, ukryty guziczek... Fowler nacisnął go i w tej samej chwili półka wraz z książkami obróciła się na ukrytych zawiasach, ukazując w ścianie niewielki otwór. W otworze tym zamaskowana była winda, niewiele większa od wind, znajdujących się w kuchniach restauracyj i hoteli... Dwie niezbyt tęgie osoby z trudem mogłyby się w niej pomieścić. Fowler wszedł do niej i w tej samej chwili półka wróciła automatycznie na swoje miejsce. Na metalowej tabliczce widniały guziki, oznaczające rozmaite piętra. Fowler nacisnął jeden z nich i winda z błyskawiczną szybkością poczeła zjeżdżać w dół...

W podziemiach

Winda zjeżdżała w dół tak szybko, że Fowler musiał się trzymać oburącz metalowych uchwytów, aby nie stracić równowagi. Od czasu do czasu mijał coś, co przypominało drzwi, poczym zjeżdżał dalej. Wreszcie winda zatrzymała się przed drzwiczkami, obitymi metalem.
Fowler włożył dziwnego kształtu klucz do otworu zamku i przekręcił go kilka razy. Drzwi otwarły się. Fowler znalazł się w niewielkim, zupełnie ciemnym pomieszczeniu.
Zatrzasnął za sobą drzwi i przekręcił kontakt elektryczny. Zapłonęło jasne światło żarówki.
Była to obszerna piwnica, której podłoga i ściany wyłożone były granitowymi płytami. Spojenia były jeszcze bardzo świeże, co wskazywało na to, że piwnicę tę zbudowano niedawno. Oprócz drzwi, którymi wszedł Fowler, prowadziło do tej piwnicy jeszcze jedno wejście z drugiej strony. Fowler zbliżył się do niego.
Otwarcie tych drzwi nastręczało o wiele więcej trudności, niż otwarcie poprzednich... Trzeba było bowiem nastawić dość skomplikowany mechanizm cyfrowy. Dopiero po upływie dwóch minut drzwi obróciły się powoli na zawiasach.
Fowler spojrzał na zegarek.
— Kwadrans po dwunastej — szepnął do siebie — powinni już być...
Drzwi wiodły do korytarza, którego koniec tonął w mroku. Szerokość jego wynosiła mniej niż osiemdziesiąt centymetrów... Fowler zapalił światło elektryczne, widać było, iż korytarz ten ma conajmniej dwadzieścia metrów długości i biegnie w prostej linii. Fowler zamknął drzwi prowadzące do granitowej piwnicy na zasuwę i szybkim krokiem podążył naprzód.
Kroki jego rozlegały się głośnym echem.
Korytarz kończył się drzwiami, które Fowler otwarł bez trudu. Znalazł się w korytarzu biegnącym prostopadle do poprzedniego.
Po kręconych, kamiennych schodach wszedł na górę. Prowadziły one do niewielkiej piwnicy, słabo oświetlonej wiszącą u pułapu latarnią. Piwnica ta, mocno sklepiona, zbudowana była widać przed wielu, bardzo wielu laty.
Była ona zupełnie pusta, tylko w jednej z jej ścian znajdował się dość znacznych rozmiarów kurek instalacji przeciwpożarowej.
Fowler przyglądał mu się przez chwilę z uśmiechem zadowolenia.
Mam nadzieję, że wkrótce odda mi on właściwą przysługę — szepnął półgłosem, gładząc dłonią jego miedzianą powierzchnię.
Ruszył ostrożnie naprzód, bowiem poziom piwnicy stawał się w tym miejscu nierówny. Co chwila potykał się o sterczące z ziemi ostre kamienie. Zbliżył się do ściany i wspiął na palce... Z trudem sięgnął do rączki małej dźwigni. Szarpnął i w tej samej chwili ukazał się w ścianie niewielki otwór, w którym Fowler zaledwie zdołał się zmieścić. Gdy tylko znalazł się poza obrębem piwnicy, otwór zamknął się automatycznie. Nawet najwprawniejsze oko nie zdołałoby wyśledzić w murze śladów jakiegokolwiek ukrytego przejścia.
Fowler pobiegł wzdłuż nowego korytarza. Na twarz naciągnął kaptur, w którym widniały dwa otwory na oczy. Korytarz wiódł do pomieszczenia, które robiło wrażenie opuszczonego magazynu jakiejś fabryki. Pełno tam było pustych skrzyń, beczek, bel towaru, nie nadającego się do użytku. Szczury, spłoszone pojawieniem się człowieka, z piskiem uciekały do swych nor.
Fowler, oświetlając sobie drogę latarką elektryczną, doszedł do okutych żelazem drzwi. W drzwiach tych znajdowało się małe okienko. Fowler otworzył je i oczom jego ukazało się wnętrze oświetlonego bundynku, przeznaczonego widocznie na składy. Przy ścianach stały półki, pozbawione wprawdzie towarów, lecz służące chwilowo za miejsce przechowywania palt i czapek siedzących przy stole mężczyzn.
Było ich sześciu. Światło lampy padało na ich twarze. Sala ta mogła mieć około dwunastu metrów długości i siedem szerokości i posiadała jeszcze jedno wejście, zamknięte obecnie na klucz. Okno, którego część tylko wystawała ponad powierzchnię ziemi, zasłonięte było starannie, aby najmniejszy promień światła nie mógł przedostać się na zewnątrz.
— Nareszcie! — odezwał się na powitanie Fowler.
Głos jego spod grubego kaptura brzmiał dziwnie głucho.
— Witaj, naczelniku!