Przejdź do zawartości

Strona:PL Lord Lister -90- W szponach wroga.pdf/7

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

tak sobie upodobał to miejsce? — rzekł Peanut, wzruszając ramionami.
— Widocznie jest mniej wymagalny od ciebie. — odparł krótko Fatty. Musimy być ostrożni. Policja siedzi nam na karku i od pewnego czasu wszystkie nasze miejsca zebrań figurują w jej spisie.
Mężczyzna stojący na warcie przekonał się ponad wszelką wątpliwość, że zna każdego z obecnych. Otworzył więc drugie drzwi, prowadzące do sali obrad i cała szóstka znalazła się w piwnicy. Po środku stał długi stół z krzesłami, pod jedną ze ścian radio-odbiornik... W ciemnym kącie wałęsał się duży aparat fotograficzny, prawdopodobnie pozostałość z tych czasów, kiedy banda trudniła się głównie fałszowaniem banknotów.
Piwnicę oświetlała jasna elektryczna lampa zawieszona w ten sposób, że światło padało tylko na tę część stołu, przy której zasiadali zwykli członkowie bandy, podczas gdy druga część, zajęta przez starszyznę, pozostawała w cieniu.
Za stołem siedziało pięciu mężczyzn. Był to sam mistrz, jego adiutant, i trzej „kapitanowie“ Mężczyźni, którzy zatrzymali się w progu, byli „porucznikami“.
Od szeregu lat policja londyńska prowadziła zaciętą walkę z niebezpieczną bandą przestępców, noszącą nazwę bandy „Czarnego Kruka“. Walka ta dawała, niestety, mizerne rezultaty... Dopiero od trzech lat, to jest od czasu, gdy sławny John Raffles począł współdziałać na tym terenie z policją — walka ta przybrała zgoła inny obrót. Do zupełnego zwycięstwa było jeszcze daleko. Banda okazywała niezwykłą żywotność, spoistość i mocną organizację, czego dowodem było dzisiejsze zebranie w piwnicy, pod spelunką Mike Hara...
Mistrz siedział pomiędzy swymi dowódcami.
Był to szczupły człowiek o kościstej, suchej twarzy. Oczu jego nie było prawie widać, tak głęboko osadzone były w oczodołach. Gęste brwi, ciemną linią odcinały się dolną część twarzy od bladego czoła. Twarz ta robiła wrażenie niesamowite. Usta wąswie, o bezkrwistych wargach, otwierały się powoli, jak gdyby niechętnie...
Na widok wchodzących mistrz nie podniósł nawet głowy. W milczeniu zajęli swoje miejsca Fatty w wybrudzonym kombinezonie, Jim Peanut, zapięty na ostatni guzik z podejrzaną elegancją kieszonkowca i Oliver Petticoat, wysoki, chudy i opalony mężczyzna o zielonych, blisko siebie osadzonych oczach i ptasim nosie. Czwarty z nich wyglądał jak małomiasteczkowy inteligent z długimi bokobrodami, w wysokim kołnierzyku i z głową łysą, jak kolano. Tuż obok niego siedział maleńki człowieczek o wzroście dziecka i twarzy błazna cyrkowego. Szósty i ostatni, olbrzymiego wzrostu człek o dużych szaro-błękitnych oczach, nie czekając, aż mistrz otworzy posiedzenie, wyrwał się niecierpliwie...
Uciszyli go siedzący obok towarzysze a sam mistrz obrzucił karcącym spojrzeniem.
— Witajcie — rzekł grobowym głosem. Wezwałem was tu dzisiaj dla omówienia bardzo ważnej sprawy. Chodzi mianowicie o walkę, którą toczy z nami od pewnego czasu policja, uniemożliwiając każde nowe przedsięwzięcie...
Spojrzenie jego zatrzymało się na Fattym-Grubasku.
— Przed dziesięciu zaledwie dniami nasz towarzysz Fatty dostał się w ręce policji i z trudem tylko udało mu się ujść z życiem... Jestem głęboko przekonany, że sprawkę tę należy położyć na karb Rafflesa...
Na dźwięk znienawidzonego nazwiska szmer oburzenia przeszedł po zebranych. Mistrz podniósł rękę i zapanowała znów cisza.
— Jesteśmy w przededniu walki, która może wybuchnąć dziś, jutro lub pojutrze. Raffles nie zadawala się własnymi wyczynami, które w gruncie, rzeczy stawiają go w tym samym, co i my rzędzie... Nie wierzę w cele społeczne, które rzekomo przyświecają jego akcji. Raffles w obliczu prawa jest takim samym przestępcą, jak i my... I ten sam człowiek idzie ręka w rękę z policją w zwalczaniu naszej organizacji...
Zebrani spoglądali na siebie w milczeniu... Wiedzieli, że mistrz ma rację. Niebezpieczeństwo, grożące im z tej strony, było wielkie i należało mu za wszelka cenę zapobiec. Raffles zdołał bowiem wedrzeć się do nich, przeniknąć ich sekrety i poznać charakter ich organizacji. Był to człowiek, który potrafił dowolnie wcielać się w każdą, choćby najbardziej do niego niepodobną postać..
Dziś jednak byli bezpieczni. Jakkolwiek nikt z nich nie znał go osobiście, jedno było pewne: Raffles był mężczyzną wysokim, silnie zbudowanym, o charakterystycznych, błękitno-szarych oczach... Nie mógł więc się wcielić ani w Fattyego-Grubaska z wywiniętymi wargami, ani w Jima Peanuta z czarnymi oczami, ani w dziwacznego karła... Byli więc sami, wyłącznie między swoimi... Ale ta świadomość nie wystarczała... Chcąc pozbyć się Rafflesa należało go przede wszystkim schwytać, a to nie było rzeczą łatwą.
Jak gdyby zgadując myśli swych podwładnych, mistrz znów rozpoczął swym monotonnym głosem:
— Musimy zastanowić się nad metodami, które należy obrać... Celem naszym bezpośrednim jest schwytanie Rafflesa... Nie jest to sprawa łatwa. Tym razem jednak mam nadzieję, że wysiłki nasze, zostaną uwieńczone powodzeniem. Oczekuję przybycia pewnego człowieka, który ma nam udzielić nader ważnych wskazówek odnośnie osoby naszego wroga. W tych warunkach schwytanie Rafflesa staje się już tylko kwestią czasu...

Blizna na uchu

W chwili, gdy mistrz wypowiedział te słowa, rozległo się pukanie.
Jeden z członków bandy podniósł się i wyjrzał przez niewielki otwór. Przed drzwiami stał jakiś przyzwoicie ubrany mężczyzna, z prawą ręką na temblaku.
— Czy to on? — zapytał cicho, zwracając się do Braina.
— Widzisz przecie, kto z nim przyszedł — odparł Brain niechętnie.
Tuż za nowoprzybyłym rysowała się sylwetka drugiego mężczyzny, szerokiego w barach, o czerwonej opalonej twarzy jaką mają zazwyczaj marynarze. Mężczyzna ten wysunął się naprzód i zawołał głośno:
— To ja, Jef Cunning, otwierajcie prędzej! Przynosimy ważne wiadomości...
Brain otworzył drzwi. Do sali zebrań wszedł Cunning wraz z nieznajomym mężczyzną, który począł ciekawie rozglądać się dokoła. Zebrani przyjęli