Czy możesz wstać? — zwrócił się mistrz do Rafflesa patrząc prosto w jego oczy.
— Jeśli to wam sprawi przyjemność... — odparł Raffles z uśmiechem. — Sądzę, że jakoś pójdzie...
Wstał i chwiejąc się trochę na nogach, zbliżył się do mistrza.
— Pozostań w miejscu — zawołał mistrz. — Odpowiadaj: czy jesteś Rafflesem?
— Tak — odparł spokojnie lord Lister.
Wśród zgromadzonych rozległ się nieprzyjazny pomruk. Twarze wszystkich zwróciły się w stronę Tajemniczego Nieznajomego. Trudno było uwierzyć, ze ten starszy pan był najgroźniejszym wrogiem bandy Czarnego Kruka.
A jednak nie ulegało kwestii, że stał przed nimi ten sam człowiek, którego nazwisko znane było policji całego świata a którego równocześnie błogosławiły tysiące nieszczęśliwych i pokrzywdzonych.
Mistrz pochylił głowę i zbliżył się do Rafflesa.
— Naprowadził nas na twój ślad człowiek nazwiskiem Brunner — rzekł.
Głos jego brzmiał ponuro.
— Rozumiem — odparł Raffles z uśmiechem. — Mściwy z niego jegomość!
— Opowiedział mi również pewne szczegóły, dotyczące kradzieży diamentów, na zamku Wolverton. Czy zgadzają się one z rzeczywistością?
— Nie przypuszczam — odparł Raffles. — Musiałbym naprzód wiedzieć, co Brunner wam powiedział?
— On i jego przyjaciółka zamierzali wykraść z zamku pewien tajny dokument za który mieli otrzymać znaczną sumę pieniędzy. Tyś odebrał od nich dokument a jednoczeeśnie dopuściłeś się podobno kradzieży diamentów? Czy tak było?
— Tak...
— Gdzie są te klejnoty?
— W bezpiecznym miejscu.
— Czy zechcesz nam wskazać to miejsce?
— Ani mi to w głowie.
Pytanie i odpowiedzi padały z byskawiczną szybkością. Obaj mężczyźni przyglądali się sobie uważnie. Wargi mistrza drgały nieznacznie ze zdenerwowania.
— Mam sposób, aby cię zmusić do mówienia — rzekł.
— Nie zmusisz mnie do wyjawienia spraw, które pragnę, aby pozostały tajemnicą! — odpowiedział Raffles z ironią, podnosząc wysoko brwi.
— Przypuszczam, że zmuszę cię do tego — rzekł mistrz powoli. — Wiem, że jesteś uparty... Ale moje środki złamią każdy twój opór...
— Bardzo wątpię... Wiem, co masz na myśli... Sądzisz, że drogą tortur wydusisz ze mnie to, co pragnę przed tobą ukryć? Spróbuj a zobaczysz czy cię to doprowadzi do celu?
Mistrz zerwał się... Patrzącym zdawało się przez chwilę, że rzuci się na Rafflesa.
— Będziesz wkrótce inaczej śpiewał! Otwórzcie komnatę kaźni!
Czterej mężczyźni otoczyli Rafflesa a Cunning uderzył go pięścią w plecy.
— Ruszaj naprzód! — rozkazał. — Prosto przed siebie...
Zapanowała śmiertelna cisza... Mała grupa przemaszerowała w poprzek piwnicy i zbliżyła się do głębokiej niszy, w której wnętrzu mieściy się drzwi z mocnych belek dębowych.
Dzwi te prowadziły do okrągłej komnaty o przekroju około ośmiu metrów. Ktoś nacisnął na guzik i jarzące światło elektrycznej żarówki zalało całą przestrzeń. Światło to miało odcień zielonkawy. Twarze obecnych nabierały w tym oświetleniu niesamowitego, grobowego wyrazu. W komnacie znajdowały się najrozmaitsze narzędzia tortur, jakie widzi się czasem na rycinach ilustrujących średniowieczne miejsca kaźni. Nie brak było łoża wybitego gwoździami koła, którym szarpano ciała żywych ofiar, potwornych szczypiec, służących do wyrywania członków, głowni do wypalania krwawych znaków...
Raffles stanął pod szubienicą i spojrzał spokojnie na mistrza, który niecierpliwie śledził wyraz jego twarzy.
— Piękna kolekcja... Można jej tylko zarzucić brak oryginalności... Wszystko to już było. Czy sądzicie, że te przyrządziki mogą wzbudzić we mnie strach. Jeżeli zechcę, potrafię położyć kres mojemu życiu... Na nic wasze sztuczki! Nic nie wydrze z mych ust tajemnicy, którą zechcę zachować przy sobie.
Mistrz zgrzytnął zębami... Wiedział, że Raffles nie należy do ludzi rzucających słowa na wiatr. Raffles był w stanie spełnić swą groźbę.... A wówczas nadzieje jego na zawładnięcie skarbem okazałyby się płonne!
— To jeszcze nie wszystko — rzekł zaraz każę swoim ludziom zedrzeć z ciebie ubranie... Zostaniesz zamknięty w małej klatce ze szczurami. Jeśli to nie wystarczy, roztopiony ołów kroplami padać będzie na twoją pierś... Przyjrzyj się uważnie tej komnacie i zastanów się, czy nie lepiej będzie powiedzieć odrazu to, czego od ciebie żądamy?
— Szkoda czasu na podobne rozmowy — rzekł Raffles niecierpliwie. Nie chcę nawet spojrzeć na twą komnatę kaźni, bowiem nie budzi ona we mnie najmniejszych obaw.
Mistrz pobladł.
— Zaraz się o tym przekonamy — rzekł — doprowadźcie go bliżej... Zobaczymy czy naprawdę jest tak odważny, jak twierdzi... Stać!... Ani kroku naprzód!
— Te ostatnie słowa skierowane były do tych członków bandy, którzy nie stanowili bezpośredniej eskorty Rafflesa. Wiedzeni ciekawością ruszyli w stronę szerokiej niszy, chcąc rzucić okiem na komnatę tortur.
Na rozkaz mistrza cofnęli się posłusznie. Zbili się w gromadę w samym środku pierwszej komnaty, spoglądając od czasu do czasu w kierunku niszy.
Nagle rozległ się dziwny hałas u wejścia do sali obrad. Głęboka zmarszczka pojawiła się na czole mistrza.
— Co to ma znaczyć? — rzekł. — Skąd ten hałas?
— Stało się coś niesłychanego — ozwał się głos Braina, strzegącego dostępu do sali. — Zjawił się tu jakiś człowiek... Mówi, że się nazywa Brunner i że przyszedł przestrzec nas przed niebezpieczeństwem.
Chciał telefonować, ale nie mógł uzyskać połączenia, widocznie linia jest uszkodzona.
— Wiesz przecież durniu, że nieczłonkom wstęp jest wzbroniony — odparł mistrz. — Winniśmy mu wiele, ale wszystko ma swoje granice...
Mówiąc prawdę, nie rozumiem w jaki sposób nas tutaj znalazł.
— Cunning wskazał mu drogę.
Oczy mistrza spojrzały w kierunku Cunninga,