Strona:PL Listy Heloizy i Abeilarda z Francuzkiego Wierszem Polskim Przetłomaczone.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Drzewa te, co swe wznosząc wierzchołki do góry,
Zawieszone nad sobą rozrywaią chmury;
Barwiste łąki, po nich toczące się zdroie;
Pszczoły niebieskie z kwiatów cisnące napoie,
Zefirów igraiących przyiemne hałasy;
Te ieziora, jaskinie, te posępne lasy,
Widok ten tak powabny, dar ten przyrodzenia,
Nie zmnieysza okropności moich udręczenia.
W mieyscach tych, tak roskosznych sam panuie smutek,
Nudność truie me światło, opłakany skutek;
Pieszcząca swych widokiem zieloność blednieie,
Kwiat swoią żywość traci, więdnie i czernieie;
Echo nie odpowiada, Zefir nie powiewa,
Ptastwo same ięczenia, nie rozkosze śpiewa,
W tych to mieyscach wiecznemi związana ogniwy,
Wiek móy we łzach i smutku trawię nieszczęśliwy.
Jednakże Abellarze wśrzód tego mieszkania,
Serce się nie upaia trucizną kochania;
Okropna twa nie bytność cnoty mey przyczyną
Niewinność zbrodnią u mnie, obowiązek winą:
Jak bym zaś tak gwałtowny pożar uskromiła,
Na tak wielką przewagę, czy bym się zdobyła,
I pierwey nad przespane mię uymie zaćmienie,
Nim rozum w sercu moim ugasi płomienie.
Wieleż to trzeba ieszcze kochać się spodziewać,
Tęsknić, pragnąć, spoczywać, ięczeć, ubolewać,
Łzy wylać, nadoświadczać troskow, narzekania,
I wszystkiego zapomnieć, prócz celu kochania.