Nareszcie, uczta się skończyła, nastąpiły przemówienia, potem zaś, wszyscy przeszli do salonu, gdzie miano podać kawę i likiery.
Rouletabille rzekł do Iwany:
— Jeszcze chwila cierpliwości! Przysięgam ci, że za dziesięć minut znikniemy bez pożegnania. Popatrzę, czy już jest auto!
Dał znak Candeurowi i wyśliznął się do przedsionka. Ale nie uczynił jeszcze dwóch kroków, gdy natknął się na osobistość, na widok której, wydał głuchy okrzyk.
Przed nim stał zgięty, w ceremonialnym ukłonie, ubrany w frak szwajcara hotelowego, pan Priski, z kaszkietem, pod pachą.
Obaj stanęli, jak skamieniali, wobec tego zjawiska.
Rouletabille pobladł. Ile razy zjawił się Priski, zawsze stać się musiało coś złego. Był to, jakby posłaniec przeznaczenia, zwiastun nieszczęścia mimo swego słodkiego uśmiechu i ugrzecznionych manier.
Candeur pierwszy odzyskał zimną krew i spytał Priskiego, co go tu sprowadza.
— Czego ja chcę? — zdziwił się pan Priski. — Pragnę złożyć panu, panie Rouletabille, moje najgorętsze życzenia i wyrazy hołdu. Żałuje bardzo, że spóźniłem się na ceremonię ślubną, ale mój chlebodawca posłał mnie za interesami.
Strona:PL Leroux - Dziwne przygody miłosne Rouletabilla.pdf/260
Wygląd
Ta strona została przepisana.