Strona:PL Kraszewski - Złote myśli.djvu/92

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


niepoznaje sam siebie, a gdy późniéj chłodniejszem okiem spojrzy na bojaźń doznaną, śmieje się z niéj jak z dzieciństwa




Nie ma straszniejszą goryczą zaprawnego życia, nad życie osamotnione, chłodne i pozbawione przywiązania, w którém człowiek zamiera chłodem jak podróżni na górach usypiając powoli.




Nieraz sobie wystawiam życie niby długą tkaninę różnobarwną! Co na niéj pstrocizn! co kolców! Jak się to błyszcząco poczyna to płótno wzorzyste, bogate, wesołemi posiane plamkami, jak potem w szare rozwija pasy, na których tylko gdzie niegdzie barw młodości błyszczy przypomnienie... Coraz rzadziéj, coraz rzadziéj; z szarego w czarne przechodzim, zgasły świeże kolory, wypłowiała przędza; wśród czerni już nawet świetniejsza nić przypomina żałobne obwódki, aż w końcu noc... kir i nożyce rozcięły pasmo, a tkań owa z wiatrami i wodami poszła na zgniliznę.




Trudne zaprawdę jest całe życie człowieka, ale dla większości ludzi nie ma cięższego zadania nad resztę żywota z któremi nie wiedzą co począć. Przychodzi chwila w któréj się skończyło wszystko, mało do czego czuje się już zdatnym, mało czego pragnie,