Strona:PL Kazimierz Władysław Wójcicki - Nędza z biedą.djvu/13

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nędza z Biedą.


Pan Wojewoda miał zamek wspaniały, od złota i marmurów: wysokie wieże wznosiły się na wzgórzu po nad Wisłą, kaplica zamkowa lśniła złotem, bo była pokryta miedzią, grubo pozłacaną.
Dwór miał pan Wojewoda liczny, chorągwie nadwornego wojska jezdnych i pieszych. Jak zajrzałeś okiem, wszystko jego pola, jego miasta, jego wsie nienaliczone: lasy, bory i puszcze, w których mnogie stada grubej źwierzyny, bujając swobodnie, oczekiwały na strzały zabójcze pana Wojewody i jego drużyny myśliwych.
Po pierwszych lodach, Wisłę okrywały, jak stado łabędzi, statki żaglowe, ładowne zbożem pana Wojewody: wysyłał on je do Gdańska, na morze, a w zamian przywoził wory złota, które zsypywał do skarbca swoich antenatów.
Kiedyś wszedł na pokoje zamkowe, zwracały oczy drogie adamaszkowe obicia, złotolite materje, które okrywały szerokie ściany. W komnacie jadalnej przy kredensie, stosami leżały złociste konwie, nalewki, puhary, srebrne tace, talerze, półmiski, wazy.
Jak pan Wojewoda zasiadł do stołu, sypało się z różnych zakątów mrowie dworzan, czeladzi, a wszystko zgłodniałe żarło, a wszystko łaknące piło potężnie. Kapela nadworna, pod przewodem wybladłego Włocha, brzmiała z chóru wielkiego salonu i co dzień wesoło pan Wojewoda, z dworem swoim, zjadał całego wołu tucznego, spaśnego wieprza, trzy korce żyta chlebem — drugie tyle pszenicy w kołaczach, kluskach i marcepanach, wypijał beczkę wina, baryłkę wódki; po objedzie wstawał pan Wojewoda z czerwonemi policzkami, dworzanie z czerwieńszemi jeszcze: dosiadali wtedy na konie, strzelali z pistoletów do celu, kopijami zdejmowali zawieszone pierścienie, a pan najzręczniéjszego obdarowywał to łańcuchem złocistym, to puharem srebrnym, to dał mu konia z rzędem.