Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu T. 2.djvu/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kaplice wkoło sie nosiéły do samego rania.
Kohuty u Kulów i na Dutkówce zacény pioć, na dodnia, te depiéro wtedej przestały i gwarzom:
Jo mom daleko iść, bo jaz na Sichłe, powiado jedna, tam musem jedno stare babsko przegnać bez bic!... Jele mi jej troche zol, bo mo troje dzieci: bedom płakać — a chłopa nimo.
To, to, to! — powiado drugo — Dyć sie na starość mogła nieprzespować!... Juści tys: ba! Kie chłopa nimo... Jo wcora w Ratułowie matke siedmiorga dzieci, zarzła: płakały; ale jo nic!... Przisiadłak babe i dusiéła... Niepomogło wiera nic. Swojek zrobiéła... A dziś idem w Polany, tys po babe; ale za tom nie bedzie płakoł nik, bo ino mo jednego syna zbójnike... hej!...
— Jo ta juz ino z temi brzidosiami chłopiskami muse sie babrać wse — po-